Etykiety

sobota, 1 marca 2014

Tropem Wilczym


No dobra, musze bo się uduszę. Miałam pominąć temat dzisiejszego biegu, ale w sumie nie mam nic do stracenia. 


Foto: FB Tropem Wilczym
  
Nie ukrywam, długo wahałam się czy zapisać się na ten event. Tłumaczyłam sobie, że chodzi o bieganie, a nie o ideę, ale gdy odebrałam pakiet startowy byłam już niemal pewna, że nie wezmę w tym przedsięwzięciu udziału. Atmosfera wokół Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wykętych po prostu mnie przeraża.

A jednak. W dniu biegu trochę mi się zaspało, przez co tak bardzo się śpieszyłam, że nie miałam czasu koncentrować się na dylematach moralnych . I bardzo dobrze. Dylematy są do kitu. Bieg był za to całkiem fajny :) 




Przyznaje ze wstydem, po raz pierwszy byłam w Parku Skaryszewskim. Trasa całkiem przyjemna, myślę, że niedługo postaram się ją przebiec bez spinki związanej z biegami zorganizowanymi. Wtedy na pewno docenie jej urok w pełni ;) 

Wielkie brawa dla organizatorów. Zarówno odbiór pakietów jak i wszystko to, co działo się w dniu biegu działało znakomicie. Nigdzie nie było kolejek, za to na każdym kroku spotykało się pomocnych wolontariuszy, a kluczowe punkty – scena, depozyty, szatnia, punkty żywieniowe były zlokalizowane tak, że nie sposób było ich nie zauważyć. A różnie z tym bywa – czasem trudno znaleźć nawet miejsce startu :) Jedyne co mnie nieco zirytowało, to fakt, że mój dowód osobisty został bardzo skrupulatnie sprawdzony, ale nikt nawet nie próbował zweryfikować czy rzeczywiście jestem człowiekiem honoru.

Przyznam, że bardzo doceniłam urok biegów kameralnych. Dotychczas brałam udział jedynie w tych kilku i kilkunasto tysięcznych. Miło było choć raz samemu wbiec na metę, nie toczyć kolejnej walki w tłumie biegaczy o medal i bez problemów otrzymać napój i posiłek. 




Wyniki:

Endomondo: dystans: 10.17 km czas: 1.03.33
Garmin: dystans: 9.94 km czas: 1.01.28
Datasport: dystans: 10.00 km czas 1.00.38

Ok. Miałam napisać wybierzcie sobie, ale chyba powiem Wam wprost, że dziś na biegu zadebiutował mój nowy Garminek. Fajny jest, mówie Wam :)

A tak na serio. Oczywiście najważniejszy jest pomiar oficjalny, czyli zarejestrowany przez organizatora. 1.00.38. Fakt, trochę mam focha na siebie, bo paradoksalnie, gdyby bieg odbył się miesiąc wcześniej pewnie miałabym lepszy czas-byłam wtedy w niezłej formie. Moje treningi w lutym, hmm, lutego nie było. Wypalona wczoraj wieczorem paczka L&Mów lightów zapewne też  przyczyniła się do tego wyniku. 




Uprzedzając pytania. Nie bardzo wiem dlaczego zegarek ściął mi dystans, właczyłam go co prawda na samym starcie, jednak wyłączyłam dopiero przy punkcie z napojami. Powinno być trochę ponad 10 km. Bywa. Czas Endomondo mógłby być w zasadzie moim czasem brutto, bo pani skończyła odliczanie dokładnie w momencie startu, jednak ja wyłączyłam go dopiero w kolejce po grochówkę :)

Całe szczęście niewielu z Was biega, więc nie macie pojęcia, jak słaby jest to wynik. Ale nie narzekam, i tak jest 3 minuty lepszy niż mój oficjalny czas na tym dystansie zarejestrowany podczas Biegu Niepodległości. Małymi, kroczkami, byle do przodu :) 



środa, 26 lutego 2014

Rozciąganie po treningu. 30 days joga challenge.


Mogłabym Wam napisać, że rozciąganie to bardzo ważny element treningu. Pomaga w regeneracji mięśni, rozluźnia, wycisza przed snem. Ale to już pewnie wiecie, a i tak mogę się założyć, że nie ma wśród Was ani jednej osoby, kto wykonuje streching po każdym wysiłku fizycznym. W zasadzie wcale się Wam nie dziwie, mi też się na ogół nie chce, ale grunt to mieć dobrą motywację.


U mnie zaczęło się od zdjęcia niżej. Znalazłam je gdzieś w necie i pomyślałam, że też tak chce. Zaczęłam przegladać youtube w poszukiwaniu jakiś fajnych ćwiczeń rozciągająco-siłowych, ale wiadmo - jak się czegoś szuka, to się tego na pewno nie znajdzie. 




Przypadek chciał, że gdzieś w podpowiedziach pojawił mi się film z asanami. (Czytasz dalej czy nadal przyglądasz się pani ze zdjęcia?) Z jogą jakoś nie było mi do tej pory po drodze. Kiedyś co prawda wylądowałam na jakiś zajęciach, ale pamiętam z nich tylko chrupotanie mojego kręgosłupa. To był mój pierwszy i ostatni raz. Ale trafiłam na zestaw ćwiczeń przygotowany przez ekipę doyoujoga. Czemu nie, pomyślałam.



30 days joga challange to trzydziestodniowy program dla początkujących, którego zadaniem jest zapoznanie i zachęcenie do regularnej aktywności. Prowadząca, Erin Motz jest sympatyczna, przystępnie tłumaczy jak należy prawidłowo wykonywać ćwiczenia i pokazuje je w kilku wersjach - dla bardziej i mniej rozciągniętych ;)


Filmy trwają średnio 15 minut i są podzielone na różne bloki tematyczne. Erin pokazuje asany, które powinny wykonywać osoby pracujące w biurze, biegacze, oraz takie, które należy robić aby się odprężyć, zwalczyć ból kręgosłupa albo dobrze spać. Są też klasyki – ćwiczenia pomocne przy robieniu szpagatu, stania na rękach albo żurawia (na marginesie - Ewa Chodakowska, you are not doing it right!) 

Foto: jogakontancin.pl

Mimo, że z systematycznością nie jest u mnie najlepiej, udało mi się ukończyć cały program. Oczywiście nie dałam rady ćwiczyć codziennie, ale często robiłam po kilka odcinków jednego dnia. Najczęściej oczywiście ćwiczenia dla biegaczy :-)


Chociaż nie udało mi się całkowicie wykonać wszystkich asanów (przeklęty pies!) i nie zauważyłam jakiejś znacznej poprawy elastyczności mojego ciała, zdecydowanie Wam ten program polecam. Dzięki różnorodności ćwiczeń poczułam, które mięśnie pracują podczas których czynności i dziś jest mi łatwiej efektywnie rozciągać się po treningu. A, no i moje spostrzeżenie – joga na sucho jest trudna. Zdecydowanie fajniej się ją ćwiczy po jakiejś innej aktywności, kiedy nasze mięśnie są rozgrzane. 

Foto: bezstresowy.pl

Tak, zdaje sobie sprawę, że joga to cały proces – medytacja, przekazywanie wiedzy z mistrza na ucznia, chyba wegetarianizm i to bardzo nieładnie z mojej strony, że traktuję ją po prostu jako aktywność fizyczną. Tak, jestem hipokrytką, ale za to z całkiem nieźle opanowaną teorią rozciągania. I wiecie co? Joga naprawdę relaksuje :) No i musicie przyznać, joginki są całkiem seksowne :) Więc jeśli tak jak ja macie lenia, powieście sobie taką fotę nad łóżkiem i zacznijcie ćwiczyć. Spodoba się Wam :) Pierwszy odcinek tutaj: 





Uprzedzę pytania; nadal nie robię tak jak pani ze zdjęcia – nie mam odpowiednich szpilek :) .


środa, 19 lutego 2014

Dlaczego robimy głupie rzeczy?


Fejm. Czasem zdarza się coś, co z nie wiadomo jakich przyczyn znajduje się na ustach wszystkich. Czasem są to majtki Dody na okładce tabloidu, czasem kilka słów powiedzianych przez panią wicepremier, innym razem piosenka Pharella Williamsa.


Pamiętam, że kiedyś po sieci krążyło info o jakimś gigantycznym gradzie, który miał mieć miejsce w lipcu. Oczywiście nic takiego się nie wydarzyło, ale nie znam osoby, która nie miałaby informacji o tym zdarzeniu w swojej skrzynce mailowej. Minęło kilka lat, czasy się zmieniły. Dziś fejm roznosi się przez Facebooka. Spoko, gdyby nie on nigdy nie dowiedziałabym się o tym, że można się jarać bieganiem po schodach. A już na pewno nie o fakcie, że jest to dyscyplina sportowa.


 
Tak moi drodzy, dobrze widzicie. Tower Running. Bieganie w klaustrofobicznych klatkach schodowych, często bez okien i klimatyzacji, a co za tym idzie pewnie w oparach potu grupowo wydzielanego przez ludzi, których celem jest sięgnięcie gwiazd. Brzmi nieco idiotycznie, nie?

Najsłynniejszy wyścig, który rozsławił tę dyscyplinę to nowojorski bieg na szczyt Empire StateBuilding. 86 pięter, 1157 stopni. W Polsce po raz pierwszy ścigano się na schodach nieistniejącego już budynku Poltegoru (85 metrów, 460 schodów) we Wrocławiu, a pierwsze krajowe mistrzostwa w tej dyscyplinie odbyły się w Katowicach w hotelu Altus (30 pięter, 460 schodów).

Niby nic takiego, cóż więc się stało, że bieganie po schodach zawładnęło wallami warszawskich biegaczy? Ha! Zapisy dodatkowe na Bieg na Szczyt Rondo 1. No a skoro wszyscy, to co, ja nie? Nic z tego :) Plan był taki, że wystartuje cała drużyna pierścienia, ale moi kompani niestety nie wykazali się refleksem. Tak, będę biec. Sama. Tak, nigdy tego nie robiłam, tak, wyśmiałam tę dyscyplinę, a tak na serio to zorientowałam się w co się wpakowałam, dopiero po otrzymaniu numeru startowego.

 
Bo jakkolwiek groteskowo by to nie brzmiało, bieganie po schodach to bardzo wymagająca dyscyplina. Żeby je uprawiać nie wystarczy na co dzień unikać windy, nawet regularny jogging nie gwarantuje sukcesu. Oprócz żelaznej kondycji przydaje się technika. Serio. Są klatki prawoskrętne i lewoskrętne, do każdej z nich podchodzimy inaczej. To właśnie od tego zależy, którą ręką i w jaki sposób będziemy odbijać się o ściany, tudzież trzymać poręczy. Niezmienne jest to, że zawsze jedną stronę zostawiamy dla tych, którzy się trochę bardziej śpieszą. Ważne jest też, aby stawiać stopę na całej szerokości schodka i żeby pokonywać je pojedynczo. Na radosne podskoki po dwie czy więcej sztuk, mogą sobie pozwolić tylko najsprawniejsi. Zaleca się tylko wbieganie, powrót powinien być spokojny. To trochę jak instrukcja używania schodów ruchomych, co nie? Wiem, złośliwa jestem :-) 




Prawda jest taka, że podczas wyścigów po schodach nasze mięśnie są o wiele bardziej zaangażowane niż podczas standardowego biegu. Poza tym rywalizujemy o czas – podobno podczas tego wysiłku kwas mlekowy aż rozlewa się po naszym organizmie. Chyba coś w tym jest. Nie sprawdzałam tego empirycznie, ale oglądałam galerie z zawodów w necie. Wiecie co po biegu robią uwiecznieni na zdjęciach zawodnicy? Głównie leżą ;-)

Taka sytuacja. Coś mi mówi, że już 15 marca spotka mnie kara za wieczne lenistwo, brak regularnych podbiegów i naigrywanie się z tych zawodów. Pozostaje mieć nadzieję, chociaż uda mi się zdobyć medal :) Będzie wesoło :)

P. S. Przypadkowo znalazłam stronę Towerrunning World Cup. Nie wiem o co chodzi, ale skoro to coś międzynarodowego, to musi być ważne. No, w każdym razie zobaczcie jaka flaga widnieje przy pierwszym miejscu światowej, męskiej klasyfikacji :) Brawo Piotr Łobodziński!




środa, 12 lutego 2014

Najlepsze śniadanie ever



No dobrze, muszę Wam to napisać, bo jak widzę, jak rano wciągacie jogurty light, kanapki z bekonem albo w ogóle olewacie jedzenie, to ręce mi opadają. Moi drodzy, to zostało powiedziane i napisane już chyba wszędzie. Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Dlaczego jeszcze o tym nie wiecie?


Owsianka. Tak, wiem, kojarzy Wam się z bezsmakową breją, zazwyczaj lekko przesoloną. Bo tak wygląda ta potrawa w tradycyjnej, polskiej wersji. Całe szczęście od Waszego dzieciństwa wiele na świecie się zminiło, m. in. otworzyło się pare granic, piłkarze nie zdobyli mistrzostwa... no w każdym razie mamy fajne produkty, którymi możemy sobie ten posiłek urozmaicić. Dziś przedstawię Wam moją wersję owianki, której przygotowanie jest banalnie proste – w sam raz na poranny stan półprzytomności. 






Ale od początku. Dlaczego warto jeść owsiankę? Bo jest zdrowa. Całkiem logiczne prawda? A tak na serio, jest bogata w węglowodany złożone. Tak, wiem, słyszycie węglowodany, myślicie nic z tego – jestem na diecie. A ja przecież napisałam – złożone – czyli takie, które uwalniają się powoli, dzięki czemu dostarczają naszemu organizmowi energii. Czytajcie uważnie! (A Wy nadal myślicie o diecie? To powiem prościej – jak chcie ćwiczyć na siłowni nie mając na to siły? Dzięki węglowodanom złożonym organizm będzie produktywniej pracował podczas treningu, a przecież o to chodzi, prawda?). Poza tym w owsiance jest dużo białka, które pomoże zbudować mięśnie oraz błonnika, który bardzo korzystnie wpływa na pracę układu pokarmowego. Oprócz tego płatki owsiane są bogate we wszelkiego rodzaju witmainy i minerały. Podobno działają też antydepresyjnie, ale to już osceńcie sami. Co poza tym? Zależy co do nich dodacie. Ja do trzech łyżek płatków dorzucam zazwyczaj: 


kilka śliwek suszonych – są smaczne, sycące i dobrze wpływają na trawienie,
łyżkę siemienia lnianego – w zasadzie nie ma smaku, a reszta, patrz wyżej,
żurawina (na oko) – dobrze wpływa na układ moczowy i ma fajny, słodkawy smak,
słonecznik (też na oko) – źródło zdrowych tłuszczy,
pestki dyni – mniej więcej jak wyżej,
otręby – takie przyzwyczajenie z szalonych czasów diety Dukana.


Fajnie sprawdzają się też wszelkiego rodzaju orzechy czy czekolada, ale ja w obawie przed euforycznymi napadami łakomstwa raczej nie trzymam ich w domu, za to często dorzucam banana. Taka moja prywatna wersja de lux. Powstały miks zalewam wrzątkiem, tak aby woda przykryła wszystkie składniki, mieszam, potem robię kawę. Śniadanie gotowe. Jedyne czego odradzam, to spożywania płatków owsianych na zimno. Niestety mają tendencję do pęcznienia i zapewniam Was, nie chcecie, żeby stało się to w Waszych żołądkach ;-) 









W sekrecie wyznam Wam, że tak lubię płatki owsiane w takiej konfiguracji, że często wstaję tylko po to, aby je skonsumować. A najchętniej pochłaniałabym je także na obiad i kolację, a także każdy inny posiłek ;-) Jeśli nie jesteście przekonani, spróbujcie chociażby ze względu na mnie. Gwarantuję, jeszcze mi podziękujecie.

Smacznego :) 


poniedziałek, 10 lutego 2014

Podsumowanie - styczeń 2014


To musiało się tak skończyć. Imprezowanie z przeziębieniem, testowanie butów w topiącym się śniegu i notoryczne niedospanie w końcu mnie rozłożyły. Niby jeszcze nie umieram, ale dziś zamiast biegania z Night Runners siedzę pod kołdrą i piszę dla Was post. W sumie to chyba nie ma tego złego, co sądzicie?


Zacznę od tego, że w końcu nawiązałam łączność z kimś, kto otwartym tekstem mówi; biegasz za wolno, za rzadko, po prostu you're doing it wrong. I wiecie co? Ma rację. Dzięki Łukasz ;) 





Planuje poprawę sytuacji. Plan naprawczy rozpoczynam od przeglądania statystyk na Endomondo. Na pierwszy ogień – styczeń. Oto czym zajmowałam się w pierwszym miesiącu tego roku:


bieganie – 7 godzin, 26 minut i 5 sekund, przebiegnięte 67.08 kilometrów, spalone 4779 kalorie,
aerobik – równe 9 godzin i 4587 spalonych kalorii,
gimnastyka – 40 minut – 177 kalorii na minusie,
joga – 2 godziny, 50 minut – 653 kalorie mniej,
pilates – 15 minut, ubyło 52 kalorie.


Wychodzi, że w styczniu ćwiczyłam 19 godzin, 31 minut i 5 sekund spalając przy tym 10 247 kalorii. 21 dni treningowych. Czy to dobrze? Rok temu powiedziałabym, że świetnie, ale biorąc pod uwagę moją aktualną kondycję oraz ambitne plany wynik jest dość słaby. Mimo tego, daje sobie plusa za regularność. Luty trwa dopiero 10 dni, a już widzę, że będzie ciężko utrzymać ten poziom. Idelanie byłoby trenować przynajmniej sześć razy w tygodniu, ale kto ma na to czas. Z drugiej strony, trening to nie obowiązek, a luksus, więc trzeba go regularnie kosztować :-) 




W styczniu biegałam głównie wieczorami w mrozie i śniegu, więc starałam się nie spinać, żeby się nie zniechęcić. Podczas aerobiku towarzyszyła mi najcześciej Mel B., a pod koniec miesiąca jej miejsce zajął Shoun T i jego T25. Jednak, z uwagi na wrześniowy maraton, muszę się skoncentrować głównie na bieganiu, a trening siłowy potraktować jako jego uzupełnienie. Muszę też wrócić na basen – nie wiem dlaczego tak dawno tam nie byłam.

To tyle z moich dzisiejszych refleksji. Korzystając jednak z okazji, że nawiazuje z Wami łączność przyznam się, że już zdążyłam odpuścić jeden z planów na ten miesiąc – nie wystartowałam w Grand Prix Warszawy. Trochę z winy mojej, trochę z niemojej, w każdym razie rozpaczliwie poszukuję osoby, która pomoże mi zorganizować pakiet na Bieg Wedla. Przecież Wam też zmieniają się plany, nie? W ramach usprawiedliwienia, do planów marcowych dołączam bieg Tropem Wilczym.

Za miesiąc kolejne podsumowanie. Będzie albo świętowanie, albo linczowanie. Zostańcie, warto :) 




środa, 5 lutego 2014

Dobry plan to podstawa


Przyznaję, nie ruszam się ostatno tyle, ile bym chciała. Gryzą mnie z tego powodu wyrzuty sumienia, chociaż nie wynika to z mojego lenistwa, tylko z faktu, że ciągle coś się dzieje. Czasem trzeba zostać dłużej w pracy, czasem odgruzować mieszkanie, a czasem po prostu iść na imprezę. A wiadomo, po tańcach, hulankach, swawolach dwa dni ćwiczeniowo-biegowe wyjmujemy z planu treningowego. Żeby nie było – pamiętam o moich noworocznych postanowieniach i zamierzam konsekwentnie je realizować. W zasadzie dążyć do jednego, reszta zrealizuje się sama. Przy okazji.


Tak Kochani, maraton. Powoli przestaje to brzmieć abstrakcyjnie, a zaczyna budzić grozę
 i przerażenie. W końcu już Was o tym starcie poinformowałam, także wycofać się nie wypada. Szkoda tylko, że zakup pakietu startowego nie wiąże się ze zdobyciem królewskiego dystansu ;-) 


foto: www.run-log.com


Żeby nie dać się tak o, tylko cały czas biegać postanowiłam przyjąć zasadę bardziej doświadczonego biegowo KMS. Co prawda jemu już zdażyło się ukończyć maraton, ale jak mówi, biega bo jak tylko odpuszcza to tyje. Każda motywacja, jest dobra, nie? W każdym razie KMS postanowił przynajmniej raz w miesiącu brać udział w jakimś biegu zorganizwanym. Wiadomo, czasy są często oficjalne, wujek google w dwie sekundy je odgrzebuje, głupio więc wypaść w nich słabo, nie? :) Postanowiłam też startować w takich eventach. Będzie motywacja do treningu i kilka medali do kolekcji (lubię medale), no i może przy okazji nie przytyję :) Plan gotowy, zatem do dzieła:


Styczeń – tak, wiem, to już było. Niemniej dla zachowania przejrzystości w rachunkach przypomnę, że brałam udział w 8. biegu Policz się z cukrzycą organizowanym w ramach 22 Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Luty – tu sprawa jest trochę skomplikowana. Przegapiłam zapisy dodatkowe na Bieg Wedla i nie bardzo mogłam znaleźć coś, co byłoby dla niego alternatywą. Całe szczęście to właśnie w lutym rozpoczyna się kolejna edycja Grand Prix Warszawy. I to w dodatku niedaleko mojego domu, także nie wypadałoby nie skorzystać. Co prawda medal jest jeden za cały sezon i trzeba wziąźć udział w przedsięwzięciu siedem razy, ale chyba dam radę :) W każdym razie statruje 8 lutego o godzinie 11.00. Trzymajcie kciuki :) 


foto: FB Fundacja Maraton Warszawski


Marzec – 9 Połmaraton Warszawski. To miał być bieg, po którym podejmę decyzję o tym czy próbować sił w maratonie, jednak zmieniłam zdanie – to będzie bieg, dzięki któremu dowiem się jak wiele potu jeszcze mi do tego maratonu brakuje. Żeby nie było, że ściemniam - mam już numer startowy - 7168 :)

Kwiecień – szał Warsaw Orlen Maratonu już się zaczął. Na FB latają tylko posty i komcie z informacjami kto już jest na liście startowej, a kto jeszcze nie zrobił przelewu. No cóż. Żuczki takie jak ja zapisują się na bieg towarzyszący, czyli 10 km. Szału nie ma, ale cykl miesięczny będzie zachowany. Pokibicuje też KMS i jak sie okazuje, Łukaszowi - pierwszej miłości jeszcze z czasów przedszkola :) 


foto: http://www.biegmontecassino.pl/


Maj – Bieg na Monte Cassino. Jeszcze pewnie nie wiecie, ale wojsko i historia odgrywają w moim życiu dosyć istotną rolę, także nie wyobrażam sobie, żeby mogło mnie zabraknąć podczas tego startu, w końcu to siedemdziesiąta rocznica zdobycia klasztoru przez 2. Korpus Polski. Jak komuś wspomnę, że wybieram sie na ten bieg, wzbudzam nielada zainteresowanie. Serio? A wiesz, że tam samochody ledwo podjeżdżają? Nie, nie wiem, nigdy nie byłam.

Czerwiec – hmm, może będzie kolejna edycja She runs the night? :) 

Lipiec – no sama nie wiem. Może znajdę coś w Hiszpanii?

Sierpień– Półmaraton BMW. To miał być mój debiut na tym dystansie. Ale jak otrzymałam propozycję startu od towarzyszki vel Marcysi, jeszcze nie wiedziałam, że wpadnę w szał noworocznych postanowień. Sorry Marcyś, ale nie mogę tak długo czekać. Maraton sam się nie przebiegnie, ale chętnie Ci potowarzyszę :)


foto: www.polskiemaratony.pl


Wrzesień – Wrocław Maraton...


Trzymajcie kciukaski. Co będzie dalej? Zobaczymy. Podobno we wrześniu mam poznać swojego męża, tak przynajmniej twierdzi wróżka, także tego, może być różnie. Jeśli jednak to pomyłka, pewnie będę biegać dalej. Podobno w grudniu jest gdzieś organizowany nocny półmaraton. Nie wiem dokładnie gdzie, ale odbywa się w czasie zorzy polarnej :) Spróbuję, ale jeśli nie da rady będę celować w Półmaraton Świętych Mikołajów w Toruniu. Liczę też na triadę biegową i Biegnij Warszawo. Fajne koszulki mają w pakietach startowych :)

No i pewnie jeszcze jakieś biegi się narodzą. Stay tooned:) 



poniedziałek, 3 lutego 2014

Projekt - maraton

                                                                                                           


Cześć, jestem Magda. Od pewnego czasu trochę biegam. To w zasadzie za duże słowo, bo raczej nocą truchtam po osiedlowych uliczkach. Kilka miesięcy temu zdałam sobie sprawę, że koncentruje się na sprawach nieistotnych, które pochłaniają masę energii, odbierają pozytywny nastrój i zniechęcają do robienia czegokolwiek. Pewnego dnia, gdy poziom agresji w moim organiźmie osiągnął apogeum powiedziałam dość, a pomyślałam, przebiegnę maraton.


Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Znaczy zamierzam. Po raz pierwszy w życiu zrobić coś od początku do końca. Na swój debiut na królewskim dystansie wybrałam maraton we Wrocławiu, bo odbywa się dzień przed moimi urodzinami. Trzydziestymi. Pokonanietakiej trasy będzie najlepszym prezentem ever :)










środa, 22 stycznia 2014

Szpilki i zielona spódnica. Help!


Moja szafa jest nudna. Nie ma w niej kreacji od znanych projektantów, chociaż wiem, że zakupy u tych młodych są teraz na topie. Wspominałam już, że mam starczą duszę więc wybierając ciuchy stawiam zawsze na wygodę i klasykę. Lubię jak mi wszystko do wszystkiego pasuje i rano nie wywalam zawartości szafy na podłogę, w popłochu poszukując czegoś, w czym mogłabym iść do pracy. Kolorystyka – aktualnie dominuje czerń, biel, szarość i trochę  kobaltu. Podobno wyjątkowo dobrze mi w tym kolorze ;-)


Taki właśnie kolor ma spódnica z nowej kolekcji Orseya. Zauważyłam ją przed świętami szukając kurtki zimowej i od tego czasu cały czas o niej myślałam. Zaraz po przerwie światecznej poszłam ją przymieżyć. Uwaga, uwaga, rozmiar 38 był na mnie za duży! Niewiele myśląc wyszłam ze sklepu i przez kolejny tydzień zadręczałam się czy rozmiar 36 będzie na mnie pasował. I wiecie co? Po kolejnej przymiarce, miałam zabrać moje trofeum do kasy, kiedy ogarnęło mnie otrzeźwienie.
Materiał był kiepskiej jakości – widać, że w czasie noszenia by się rozciągał, poza tym wyjątkowo się gniutł. To zdecydowanie sprzeczne z moimi zasadami o wygodzie i prostocie w szafie.



Oczywiście zaraz po wyjściu ze sklepu złapałam doła. Buszując dalej po wyprzedażach trafiłam do New Yorkera. Chodzę, chodzę, aż tu nagle! Kobaltowa spódnica! W przymierzalni okazało się, że jesteśmy dla siebie stworzone. Poczułam, że tak bardzo pragnęłam kobaltowej szmatki i ta spódnica postanowiła się nade mną zlitować - po prostu mnie do siebie zawołała. Przy okazji przemówiła do mnie czarna bluzka i tak udało mi się skomponować całkiem fajną stylizację za 50 zeta. 

Podobnie miałam z butami. Kilka tygodni temu niespodziewanie zostałam zaproszona do filharmonii. Sukienka jest, torebka jest, buty... Ostatnie szpilki wyrzuciłam pare miesięcy wcześniej, bo były już strasznie zjechane, poza tym, chciałam uniknąć sytuacji, wymagającej ich założenia. No ale stało się. Na codzień raczej preferuje płaskie obuwie (biegam co rano do tramwaju) udałam się więc po zakupy. Było to akurat przed wypłatą, więc za punkty docelowe obrałam wszelkiego rodzaju sieciówki CCC, Ambry, Deichmany. Kryteria? Obcas, czerń, najlepiej zamsz. Zależało mi w grunicie rzeczy na tym, żeby wyglądać na evencie jak kobieta i nie zrobić sobie krzywdy podczas dojazdu. No I co? No I kicha! Wszędzie plastikowe koszmarki na niebotycznych obcasach albo na  niezginającej się platformie. W zasadzie upatrzyłam sobie jeden model, ale w żadnym sklepie nie było mojego rozmiaru. Po zjeżdżeniu pięciu (5!) centrów handlowych miałam już założyć baletki (tak, do wieczorowej sukienki, haha), ale całkiem przypadkiem trafiłam do galerii handlowej, w której nigdy nie bywam. Oczywiście rzuciłam się na poszukiwanie wybranego przeze mnie obuwia w stosownym rozmiarze. Wiecie co, były! A obok nich, stały piękne pantofelki z zamszu, na niewielkim obcasie. Jedna sztuka. W moim rozmiarze. Teraz wiem, że nie mogłam znaleźć butów wcześniej, bo właśnie w tym miejscu czekała na mnie ta jedna, idealna para. Nie muszę dodawać, że idealnie pasuje do stylizacji opisanej wcześniej ;-)

Do czego zmierzam. Po co sezonowym wywalaniu z mojej szafy ciuchów, które kupiłam, ale nigdy nie założyłam, zdecydowałam robić zakupy tylko wtedy, kiedy dane ubranie do mnie przemówi. Kiedy nie będę miała wątpliwości, czy to oby na pewno dobrze leży, czy będę w tym chodzić. Jeśli zakładam coś I myślę ok, biorę, Jeśli mam wątpliwości, tzw. może być, odkładam. W kolejnym sklepie czeka na mnie na pewno coś fajniejszego ;-)

Ostatnio fajnym okazało się to: 



Ani to mój kolor, ani fason, ale mimo wszystko do mnie przemówiło. Problem w tym, że ostatni raz z beżo-brązo-zieleniami miałam doczynienia w czasie licealnego buntu (no co, te kolory pasowały do glanów) i nie bardzo wiem jak to ugryźć. Wydaje mi się, że należy to nosić do czarnych rajstop i czarnych butów. Problem w tym, że wtedy na góre nie można już założyć nic w tym kolorze. Próbowałam bieli, ale mam wrażenie, że wyglądam wtedy jak oldskulowa pensjonarka, tudzież Ania z Zielonego Wzgórza, chociaż wcale nie jestem ruda. A przecież ta spódnica mnie zawołała, musi być więc dla mnie. A może podszyła się za nią wyprzedaż? Już sama nie wiem, przecież taka ładna jest. Pomożecie?

sobota, 18 stycznia 2014

Follow me - rzecze rok 2014, czyli plany, postanowienia i wyzwania na ten rok.


Nowy Rok zaczałą się bardzo leniwie. Nie chciało mi się ćwiczyć ani zdrowo odżywiać. Jak to mówią jaki Nowy Rok, taki cały rok, istniało więc niebezpieczeństwo, że kolejnych 12 miesięcy spędzę na kanapie z pilotem (ewentualnie z browarem) w ręku, a mój tyłek wróci do swoich kolosalnych rozmiarów. 

Kilka dni temu, kiedy biegałam w stanie niezłego podminowania, pomyślałam, że jednak się nie dam. Spiszę sobie swoje postanowienia, ogłoszę je światu i będę konsekwentnie realizować.



Zatem, póki się rozmyślę, moje cele na 2014 rok:

  1. Wystartować w Półmaratonie Warszawskim – wierzę, że dam radę go przebiec, tylko jak to do cholery zrobić w 2 godziny?
  2. Przebiec Maraton Wrocławski – Jeszcze nie wiem jak to zrobię, ale to będzie najlepszy prezent na urodziny ever :)
  3. Skończyć studia – nie pytajcie. Just do it!
  4. Remont mieszkania – robie go od zawsze, w tym roku skończę.Promise!
  5. Przepłynąć pod archem w Blue Hole – to może być trochę trudne, bo mam uprawnienia tylko na powietrze. No i na Nitrox, ale nie taki jak trzeba. No cóż, się pomyśli.

Nie tak wiele i nie tak strasznie, prawda? Musi się udać! Nie wiem tylko skąd wezmę na to wszystko czas, w każdym razie, teraz jak już wiecie będzie mi głupio sie wycofać ;) Żeby być do końca szczerą, powiem Wam, że po cichu myślę jeszcze o rzuceniu palenia. Teoretycznie postanowiłam zrobić to w poniedziałek, ale coś czuję, że to się jeszcze zobaczy.

Jeśli podobnie jak ja, macie problemy z konsekwencją, dajcie znać, podeślijcie Wasze postanowienia. Będę monitorować Wasze postępy i trochę Was poopierdalam w słabszych momentach. W tym jestem na prawdę dobra! :) Jeśli nie, to trudno, wystarczy, że będziecie trzymać za mnie kciuki. :)



wtorek, 14 stycznia 2014

Nowa świecka tradycja




Miałam dziś napisać o biegu, który odbył się w ramach 22. Finału WOŚP. Miałam, ale w zasadzie bieg biegiem był tylko z nazwy. Na trasie było wszystko – dzieci w wózach, na hulajnogach, rowerzyści, psy, seniorzy z nordic walking. Aż dziw, że nie zauważyłam rolkarzy :) Dla biegaczy i ich życiówek pozostało niewiele miejsca. W zasadzie bardzo dobrze się złożyło, bo w sobotę wieczorem odbyłam spotkanie towarzyskie i trochę się zasiedziałam. A że i tak nie byłam w formie, z przyjemnością wzięłam udział w tym familijnym evencie, tymbardziej, że po spotkaniu razem z towarzyszką tradycyjnie udałałyśy się na obiad, później... no właśnie.



Ale zacznijmy od początku. W czerwcu odbył się bieg She Runs The Night. Stawiałam wówczas pierwsze kroki biegowe, a impreza była firmowana jako event dla początkujących kobiet. Dystans niewielki, wszystko w fajnej, babskiej oprawie. Postanowiłam spróbować, ale że średni dystnas jaki wówczas pokonywałam to 3,5 km najzwyczajniej w świecie miałam cykora. Żeby się zmobilizować namówiłam do udziału koleżankę. Przygotowanie rozpoczęłyśmy od zakupu butów biegowych, później było truchtanie osiedlowymi uliczkami. W dniu biegu byłyśmy nieźle przerażone, także spotkałyśmy się na mieście nieco wcześniej i dla rozluźnienia poszłyśmy na piwo. Idiotki ;-) Szczęście w nieszczęściu bieg z powodu ulewy został odwołany.



Następne podejście potraktowałyśmy już bardziej serio i udało nam się przebiec całą trasę. W efekcie poczułyśmy się jak prawdziwe biegaczki i to zachęciło nas do zapisywania się na kolejne zorganizowane eventy biegowe. Rajcowały nas fajne koszulki techniczne, które otrzymywałyśmy w pakietach startowych i fajna sportowa atmosfera. Poza tym, każde takie wydarzenia mobizowały nas do regularnych treningów i zdrowego odżywiania na codzień. Przecież nie można się skompromitoać na trasie, nie? Jako że obie byłyśmy początkujące, każdy taki bieg był dla nas wyzwaniem, a dobiegnięcie do mety olbżymim sukcesem. Wiadmo, każdy sukces trzeba uczcić ;-)    I tak narodziła sie nowa świecka tradycja. Po długich, momentami żmudnych przygotowaniach do zdobycia kolejnego medalu, po każdym morderczym evencie, udajemy się na tzw. spacer po mieście. Oczywiście w strojach biegowych, z przypiętymi numerami startowymi, z medalami na szyi. Tak, dla uczczenia naszego małego zwycięstwa (znowu dałyśmy radę!) i pochwalenia się nim całemu światu. Zaczynamy zawsze od jakiegoś fajnego, koniecznego niezdrowego obiadu. A do obiadu zawsze znajdzie się jakieś małe piwko. Czasem duże, czasem pięć ;-) 

Oczywiście wciąganie śmieciowego żarcia i zakrapianie go alkoholem przez osobę promującą zdrowy tryb życia może być uznanie za hipokryzję, jednak zapewniam Was, nie stosuje tego manewru na codzień ;-) I właśnie ten codzienny post powoduje, że raz na jakiś czas pozwolam sobie na taką rozpustę. Poza tym dzięki temu że wiem, że po kolejnym biegu czeka mnie taka nagroda, łatwiej mi odmawiać sobie takich przyjemości na codzień. Zresztą, skoro Endomondo pokazuje utratę powiedzmy 800 kalorii, to trzeba je potem uzupełnić. Czemu nie skorzystać z okazji takiej nadwyżki i nie przyswoić np. hamburgerka? ;-)
 

Poza tym, taka rundka po klubach z kumpelą jest też swietną okazją do rozchodzenia tych przebięgniętych kilometrów, nadrobienia zaległości plotkarskich i podyskutowania o technologii DriFit. Takie małe święto biegowe. (No dobra, pewnie byłoby duże, ale wszystkie biegi odbywają się w niedzielę :) )Więc jeśli dziś w okolicach centrum Warszawy widzieliście dwie wariatki w pomarańczowych koszulkach, wędrujące od knajpy do knajpy, to byłyśmy my. A Wy? Świętowaliście? ;-) 

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Trzy aplikacje na telefon, dzięki którym schudniesz.


Mamy Nowy Rok. Wraz z nim zapewne macie wiele postanowień. Niech zgadnę, dieta, minus dziesięć kilo, regularne treningi z Chodakowska? Ja w tym roku wyjątkowo takowe odpuszczam (no dobra, rozważam jeszcze rzucenie palenia), bo całkiem spontanicznie udało mi się wprowadzić do mojego życia zmiany, w których trwam do dziś. A w osiągnięciu zamierzonych efektów żywieniowo-sportowych pomogły mi trzy aplikacje na telefon. Dziś dzielę się z Wami tą wiedzą tajemną i sugeruje również je zainstalować na swoich komórkach, szczególnie jeśli tak jak ja macie słabą silną wolę.


Dwóch pierwszych programów możemy używać zarówno w telefonie, jak i na komputerze. Dzięki temu mamy cały czas do nich dostęp, co może okazać się bardzo istotne jeśli zamierzamy na serio podejść do tematu dietowo-fitnessowego. Ich użytkowanie najlepiej rozpocząć od założenia profili w każdej aplikacji. Po wpisaniu swojej wagi, wzrostu będziemy mieli pewność, że przedstawione w nich efekty naszych wysiłków będą wiarygodne. Oprócz tego dołączymy do całej społeczności użytkowników, z którymi będziemy mogli utrzymywać kontakt oraz porównywać swoje wyniki.



  1. Endomondo – aplikacja rejestrująca wyniki aktywności fizycznej. Zainstalowałam ją kiedy po raz pierwszy poszłam biegać. Dzięki temu dziś pierwszy zapis przebiegniętego kilometra nie tylko wywołuje uśmiech na mojej twarzy, ale też motywuje mnie do kolejnych treningów. Dzięki Endomondo, który współpracuje z GPSem, możemy śledzić swoje trasy, tempo oraz spalone dzięki treningowi kalorie. Oprócz tego program pokazuje naszą playlistę oraz pogodę podczas której ćwiczymy. Ale to aplikacja nie tylko dla biegaczy. Możemy w niej zapisać każdy rodzaj treningu, który wykonujemy, zarówno aerobic, siłownię, jogę, czy mecze piłki nożnej albo partie tenisa. Możliwości jest mnóstwo :-) A wszystkie aktywności możemy podziwiać w kalendarzu, dzięki któremu wiemy co i kiedy robiliśmy. Dla mnie to najważniejsza opcja ;-) Ciekawa jest pepltalk, która umożliwia przesłanie komunikatów głosowych do osób, które w danym momencie ćwiczą. Dzięki temu możemy zmotywować znajomych albo poprzeszkadzać im w czasie treningu. It's up to you ;-) Za kilka dolarów miesięcznie możemy rozszerzyć program do wersji Pro, dzięki której otrzymamy dostęp m. in. do trenera audio czy planu treningów, ale dla osób początkujących jest to wywalanie kasy w błoto.
  2. MyFitnessPal – aplikacja do kontrolowania diety. Wpisujemy do niej każdy posiłek, a MyFitnessPal oblicza za nas spożycie kalorii oraz składników odżywczych, pokazuje ich niedobory oraz nadwyżki. Dzięki temu wiemy, ile danego dnia możemy ich jeszcze przyswoić. Fajna jest też możliwość liczenia szklanek wypitej wody, ale moim absolutnym faworytem w programie jest opcja pokazywania za ile czasu, przy zanotowanym odżywianiu, osiągniemy wymarzoną wagę. Warto dodać, że aplikację można zintegrować z Endomondo, dzięki czemu do naszego planowanego limitu kalorycznego dodawane są kalorie, które spaliliśmy podczas treningu. Zawsze to jakaś opcja, dzięki której możemy więcej zjeść ;-)
  3. MyDays - to taka babska aplikacja, która bada nasz cykl. Wpisujemy początek oraz koniec każdej miesiączki, a program oblicza terminy kolejnych, a także pokazuje czas owulacji i tym podobnych. My Days jest szczególnie przydatna, jeśli staramy się być na diecie. Dzięki niej zawsze wiemy, kiedy będziemy miały gorszy dzień i kiedy z czystym sumieniem, zamiast na trening, możemy się udać na piwo czy inne ciacho. Wydaje mi się, że MyDays może być też pomocne parom, które starają się o dziecko (w końcu pokazuje dni płodne), ale nie mam doświadczenia w temacie i jest to tylko moje nieśmiałe przypuszczenie ;-)


Monitorowanie poczynań dietetycznych i sportowych dla osoby początkującej może być nie tylko pomocne przy układaniu planu żywieniowo-treningowego, ale przede wszystkim może motywować. W końcu fajnie mieć na piśmie to, że danego dnia przestrzegałyśmy naszych postanowień. Ja do tej pory jak głupia liczę swoje treningi każdego miesiąca i przeklinam się, jeśli przerwa między nimi trwa dłużej niż dwa dni. Teraz korzystam głównie z Endomondo i MyDays, MyFitnessPal stał się trochę zbyt upierdliwy, poza tym nie potrzebuję już tak szczegółowej analizy moich posiłków. Spalam się głównie dzięki aktywności fizycznej, to zdecydowanie przyjemniejsze niż ograniczanie jedzenia ;-)


Wszystkie aplikacje są darmowe i dostępne na różne systemy, także nie macie nic do stracenia, no może poza paroma kilogramami. Enjoy ;-)  


piątek, 27 grudnia 2013

Klasa, bebe!


Kiedy kończycie dojadać świąteczne ciasta i dopijacie ostatnie kieliszki wina (ponczu?) ja susze świeżo pomalowane paznokcie, oglądam wyginającą się na krześle Christinę Agilerę i oddaje się wieczornym przemyśleniom ( no dobra, czekoladowe cukierki też wciągam, żeby nie było). Czy zastanawialiście się kiedyś nad tym, jak zajebiście trudno jest pokazać seks seksownie?

Seks sam w sobie zawsze dobrze się sprzedaje. Zastanawiam się jednak dlaczego taniec na rurze, krześle czy czymkolwiek innym, na niebotycznie wysokich obcasach i w mega niewygodnym ubraniu, jest tak negatywnie oceniany? O tym ile roboty te laski wkładają w to żeby wyglądać tak jak wyglądają i robić to co robią, wiedzą tylko ci, którzy kiedykolwiek próbowali zrobić szpagat. Na przykład ja. A Ty, która plujesz w ich kierunku, ile pompek dziś zrobiłaś?  Ale w zasadzie miałam o czym innym.

fot. materiały prasowe

Polsat emituje właśnie Burleskę z Cher i Christiną Agilerą w rolach głównych. To co mnie urzekło, to fakt, jak pięknie panie ze sobą grają (w sensie obrazka, na aktorstwie się nie znam). Christina, wiadmo, młoda, piękna, ale pełen szacun należy się przede wszystkim Cher. Laska, która jeszcze niedawno słyneła przede wszystkim z ciągłego odmłodzania się, bez oporu gra mentorkę młodej gwiazdy, wcale nie usiłując się do niej upodobnić. Jest starsza i nie stara się tego ukryć. Bije za to od niej to, czego młodsze koleżanki mogą jej pozazdrościć – doświadczenie życiowe ;-) Jak to mówi porzekadło, które właśnie wymyśliłam, skoro nie możesz być od kogoś piękniejszy, bądź mądrzejszy.To chyba właśnie nazywa się klasa.

Jakolwiek byśmy tego nie określili, ostatnio zabrakło tego pani Bojarskiej-Ferenc, która publicznie skrytykowała Ewę Chodakowską i jej metody treningowe. Oczywiście Chodakowskiej można wiele zarzucić, ale pani trenerka na emeryturze, swoimi, co prawda pewnie wyrwanymi z kontekstu wypowiedziami, strzeliła sobie w kolano - dała pożywkę Pudlowi i zapewniła parę punktów popularności samej Ewie Ch. Szkoda, bo mogłaby parę razy strzelić sobie fotkę w towarzystwie Chodakowskiej, przekazać jej symboliczną koronę królowej fitnessu i byłoby po sprawie. Pomijając fakt, że przeszłaby do historii jako prekursorka promowania zdrowego trybu życia, a tak już na zawsze pozostanie jęczącą, zazdrosną, zgorzkniałą starą babą. Drogie panie, nie obrażamy się na kogoś tylko dlatego, że jest młodszy, jędrniejszy i zarabia kupę kasy!

Bardzo dobrze ogarnęła ten temat Madonna. Nigdy nie byłam jej wielką fanką, ale jest takie wideo, które dało mi kiedyś do myślenia. Bardzo mi się podoba, więc, wstawie je sobie tu, o: 




Mimo, że zaprosiła do wspólnego występu dwie silne konkurentki, nie dała ukraść sobie show i raz na zawsze udowodniła, kto jest królową sceny ;-)

No, i to by było na tyle. Kończąc wywód, udaję się nieśpiesznym krokiem poćwiczyć te szpagaty i inne jogi. W końcu, żeby emanować seksem z klasą, trzeba być dobrze rozciągnietym ;-)

środa, 18 grudnia 2013

Dieta, dzień...


To jest post demotywujący. Nie czytaj go, jeśli właśnie jesteś na diecie, no chyba, że właśnie przebiegłaś 5 km, ewentualnie zrobiłaś Skalpel albo trening Insanity. Tylko wtedy, zamiast kapiącej ślinki, poczujesz politowanie wobec mojej słabości i poprawisz swoje samopoczucie.

Na codzień staram się odżywiać zdrowo. Udało mi się nawet uciec od fastfoodów, procentów i nocnych przekąsek. Ot, kwestia przyzwyczajenia. Wystrzegam się się słodyczy, czipsików i coli. Czuje się z tym dobrze, ale zdarzają takie dni jak dziś. Złe. Siedzę, myślę ocb, ale przede wszystkim mam ochotę na COŚ.

Dziś postanowiłąm odstąpić od codziennych przyzwyczajeń i zjeść coś co nie jest sałatką, kurczakiem, owsianką z ziarnami, serkiem wiejskim czy jogurtem. Pierwsza myśl, chlebek z masełkiem. Ale znam swoje możliwości. Kupuję pół chleba wiejskiego – zjem pół chleba wiejskiego. Z masełkiem. Nie, nie, nie. Zjem bułkę z szynką, pomyślałam.

\

Weszłam do sklepiku w metrze. Stanęłam na środku i zobaczyłam te wszystkie... no właśnie. Kilogramy ciast ze sztucznym kremem, nadmuchane buły i zmacane bochenki pieczywa. Tak długo powstrzymywałam się od takiego jedzenia, że nie mogłam się w tym sklepie odnaleźć. Wyszłam i skierowałam się do Osiedlowego, który w godzinach popołudniowych ma mocno przebrany asortyment. Kupiłam dwie grahamki i przyszłam do domu. Dresik, herbatka I kolacja.




Nawet nie zauważyłam, kiedy wciągnęłam całą czekoladę. O ile kawa do złagodzenia słodkiego smaku jest zupełnie zrozumiała, nie wiem, skąd mi się wziął ten banan na zagrychę.

Gardzcie, plujcie, wyzywajcie mój niecny występek! Cała tabliczka czekolady w 10 minut? Tak, potrafię. Zapewne tak jak wszyscy, którzy na codzień unikają niezdrowego/tłustego/kalorycznego jedzenia. I wszyscy ci, którzy są na diecie. Powiedzmy sobie szczerze, odmawiajac sobie na codzień czekoladki,ciasteczka,delicji czy tego co tam najbardziej lubimy ( a wszyscy wiemy, że najbardziej lubimy to, czego lubić nie powinniśmy), skazujemy się na takie ataki. Ale z drugiej strony, czy wciągając regularnie takie samkołyki, nie skazujemy się na wieczne niezadowolenie ze swojej sylwetki? Ja tam wolę dzień dyspensy ;-)

Jak by nie było po zapchaniu się czekalodą, poczułam się o niebo lepiej. Co prawda teraz zastanawiam się jak dużo czasu powinnam spędzić dziś w towarzystwie Chodakowskiej, aczkolwiek nie bardzo mam siłę się ruszyć. Jutro pewnie będą mnie pożerały wyrzuty sumienia, ale póki co jest mi błogo. Kochane kalorie :-) Wieczorem będzie piwo!



wtorek, 17 grudnia 2013

Piękny i bestia.


Tydzień temu prasa rozpisywała się, jak niedorzeczne było wydanie książki biograficznej przez Małgorzatę Tusk. O tym jak fatalnie wypada w rankingach sprzedaży, jak bardzo godzi w wizerunek premiera i że kancelaria szefa rządu całkowicie olała ten temat, a teraz nie wie jak wybrnąć z sytuacji. Ale czy na pewno tak jest?

Oczywiście do formy publikacji możemy się przyczepić od razu - wybitne dzieło artystyczne to na pewno nie jest, ale znajdziemy parę ciekawych fragmentów. Wciąga przede wszystkim pierwsza połowa książki, opisującą lata młodości pani premierowej ( tych o dzieciństwie nie polecam), egzystencję podczas lat 80 i pierwsze lata pożycia państwa Tusków. Czasy współczesne są opisane dość drętwo, sprawiają wręcz wrażenie zapychacza miejsca. W końcu ile razy w czasie lektury jednej książki możemy czytać o tym, że premier biega po plaży albo, że dzieci kocha się inaczej niż wnuki. Trzeba jednak przyznać, że przyciągają fragmenty dotyczace podróży służbowych państwa premierostwa, a w zasadzie te opisujące zmagania z protokołem dyplomatycznym. Pani Tusk co prawda Ameryki nie odkrywa, jednak, dla laika w temacie, wątek ten może okazać się ciekawy.



Mimo, że biografia ma opisywać Małgorzatę Tusk nie da się nie zauważyć, że na jej kartach główne skrzypce, mimo wszystko, odgrywa Donald. I jak twierdzi autorka, przez całą pracę twórczą mąż bardzo ją wspierał, przypominał pewne fakty, nawet udostępnił archiwalne smsy. Właśnie dlatego nigdy nie uwierzę, że nie miał wpływu na ostateczny kształ publikacji. Tu larum zapewne podniosą PRowcy twardo utrzymujący , że książka godzi w wizerunek premiera, że wręcz go ośmiesza. 

Cóż, osobiście nie znam mężczyzny, który dla sprawienia frajdy swojej połowicy zgodziłby się na upublicznienie faktów z życia takich jak, przesunięty ślub z powodu butów, próba odejścia żony do innego mężczyzny czy zgoda na małżeństwo z powodu chęci ucieczki z trzymanego twardą, oficerską ręką domu rodzinnego. Żadne męskie ego by tego nie zniosło! 

Jeśli zauważymy, jak wiele miejsca jest poświęcone działalności Donka w latach 80, jego walki o wolną Polskę czy działalności podziemnej i dodamy do tego wspominki o Antonim Macierewiczu, Lechu i Jarosławie Kaczyńskich, a także problemy z ogrzewaniem w domu rodzinnym (Super Ekspress ma używanie od kilku dni ;-) ) otrzymujemy wizerunek mężczyzny trochę nieporadnego, ale twardo stawiającego czoła rzeczywistości; zmuszonego do codziennej walki o dobro ojczyzny, niestrudzenie dbającego o ciepło domowego ogniska oraz pokonującego barykady rzucane pod nogi przez konkurentów z areny politycznej. Czy nie tego właśnie oczekują wyborcy? Szczególnie teraz, gdy poparcie dla PO niżej upaść chyba nie może. ;-) 

Przy tej książce, nie da się zapewne uniknąć porównań do wydanej w zeszłym roku biografii Danuty Wałęsy. Co prawda Małgorzata Tusk uparcie twierdzi, że o książce myślała dużo wcześniej, aczkolwiek podczas lektury, w drugiej cześci książki trudno uniknąć przekonania, że książka pisana jest w olbrzymim pośpiechu. Biografia Wałęsowej spotkała się z krytyką przede wszystkim męża Danuty, a w przypadku Małgorzaty, biografie krytykują wszyscy poza małżonkiem. Zabawny paradoks, potwierdzony wynikami sprzedaży. BTW, obie publikacje ukazały się jesienią. Panie chyba miały ochotę znaleźć się pod choinkami polskich domów ;-) 

Żeby nie było, nie potępiam tej książki. Sięgnęłąm po nią z czystej ciekawości i samego faktu, że lubię takie babskie, nieco plotkarskie publikacje. Po prostu, jak każda kobieta, uwielbiam włazić z buciorami w czyjeś życie ;-) A, skoro takie książki są wydawane, czuje że posiadam na to przyzwolenie, może nawet błogosławieństwo ;-) Hicior to może nie jest, ale jak już wspomniałam czyta się ( przynajmniej pierwszą połowę) fajnie, lekko, miło i nawet można się wciągnąć. 




niedziela, 16 czerwca 2013

Małe, a cieszy.






Brak planów na weekend i całkiem spontaniczna wizyta w sklepie Royal Stone przez przypadek zrobiły mi dziś dzień (serio, zmęczyłam się imprezowaniem. Jest to tu na prawdę napisane, w dodatku boldem, więc nie kłamie. Weekend spędzam w domu, a nie na piwie).



wtorek, 11 czerwca 2013

Cześć, to ja.


Korzystając z tego, że mam wolne popołudnie, albo raczej z tego, że nie chce mi się zrobić niczego pożytecznego, oddałam się wielu do niczego nie prowadzącym przemyśleniom. Albo raczej niekoniecznie koniecznym przemyśleniom. A chodzi oczywiście o Orange Travel i zazdrość jaką odczuwam wobec uczestników zorganizowanej przez nich misji. 


niedziela, 6 stycznia 2013

Money, money, money...



Niby pieniądze szczęścia nie dają, ale o tym wiedzą tylko ci, którzy je  mają. Więc jeśli Ty też z żalem bukujesz tydzien allinclusive w Egipcie, gdy Twoi znajomi wygrzewają się w Meksyku, ten post jest właśnie dla Ciebie. 


niedziela, 18 listopada 2012

To Ty?




Kim jest mężczyzna, który oczekuje, aż kobieta zdecyduje czy go chce? 

Młoda Victoria , Jean-Marc Vallee, Wlk Bryt./ USA, 2009

 

 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...