Etykiety

sobota, 30 sierpnia 2014

Top 10. Muzyczna lista biegowa.


Tak sobie siedzę w ten uroczy sobotni wieczór i usiłuje ogarnąć jutrzejszą połówkę. Tym razem postanowiłam zrobić coś całkowicie nowego czym niewątpliwie jest dla mnie przygotowanie porządnej playlisty.

Zawsze szłam na spontan w tym temacie, słuchałam po prostu tego, co miałam w telefonie. Tym razem jest inaczej, bo ostatnio powtarzające się co drugi utwór Happy Williamsa doprowadzało mnie do szału :) 



Co prawda zdarzało mi się bigać bez muzki, ale było to spowodowane tylko i wyłącznie tym, że po pierwsze telefon mi się odrobinę zużył przez co muzyka często sama się pauzuje, a po drugie irytacja na dyndający kabel wzrasta proporcjonalnie do wzrostu prędkości. Mogłabym nie ryzykować nerwa na trasie, ale obawiam się, że moja głowa nie jest na tyle mocna, żeby wytrzymać dwugodzinne przebieranie nogami bez stosownego podkładu muzycznego.

No, ale ja nie o tym miałam. Wertując zawartość telefonu odkryłam, że moje biegowe utwory znacznie odstają od tych, czego zazwyczaj słuchają biegacze. Zdecydowanie unikam nakręcających kawałków, a wybieram te lekkie i przyjemne – takie, które oddają, albo poprawiają mój nastrój.

Żeby było śmieszniej, jak się na jakiś kawałek uprę, zazwyczaj katuję go do znudzenia. Często dany utwór powtarzam na danej playliście kilka razy, przez co często staje się motywem przewodnim danego biegu, albo przynajmniej mi się z nim kojarzy :) Przy okazji odkryłam też, że mam już za sobą dziesięć oficjanych startów (no, biegania po schodzach nie liczę :) ), zatem z tej właśnie okazji, spcjalanie dla Was moich dziesięć piosenek przewodnich :)


  1. She runs the night. To były czasy. Rany, jeszcze nigdy w życiu nie przebiegłam takiego dystansu :) Miła babska impreza, zatem na uszach też baba. Gossip :)


  1. Bieg Powstania Warszawskiego. To już druga piątka w moim życiu. Ważna idea, zatem postawiłam na przewodnik historyczny przygotowany przez Motivato. Oczywiście, mimo doświadczenia biegowego (hehe, serio tak mi się wydawało :) ) źle obstawiłam czas i ze zdobywania wiedzy historycznej wyszły nici :)

  2. Biegnij Warszawo – rany, mój rekord to 6 km, jak zrobić 10? Zatem była tu też Gossip, była Demi Lavato i jej Give your heart a break (chyba z jakimś narzeczonym się pokłóciłam :-) ), nawet Florence and the machine się przewineło, ale piosenka tego biegu to zdecydowanie: 


  1. Bieg Niepodległości. Druga dycha jest moc :) Głównie dzięki Rudminetal, którego kawałek zwinęłam z funpaga Panny Anny (chyba tęskniłam za narzeczonym :) ) :)



  2. 8 Bieg WOŚP – pierwszy bieg w klimacie poimprezowym, zatem kawałki też imprezowe. Grana była Marcysiowa playlista o wdzięcznym tytule, jak na styczeń przystało,  Summer. Zaczyna się od mixu kawałka niżej, a potem nie pamiętam :)


     
  3. Bieg Żołnierzy Wyklętych. Tu pojawiały się na zmianę dwa utwory, które podbiły moje serce na jakimś tanecznym piwie (niech żyje muzyka live!) Także oprócz Michaela Jacksona i jego The way you make me feel w playliście znalazło sie też: 



  4. 9. Półmaraton Warszawski. Już wiecie jak ten start przeżywałam, także się nie śmiejcie, serio myślałam, że umrę. Była zatem Mocna i... :) 



  5. 10 km przy Orlen Warsaw Marathon. Tego biegu nie wspominam najlepiej, niestety nie uratował go nawet Bob ani Tajpan, mimo, że kawałek świetny :) 



  6. Bieg na Monte Cassino. Chyba Was nie zaskocze, jak napiszę, że grany był Gentelman. Nie znałam typa, ale lubił go pan potencjalny, zatem oprócz Live your life z wiadomych powodów:



  7. Hipodromowy Cross Biegowy. Spontaniczny udział, spontaniczne kawałki w uszach. Nic specjalnego, zatem efekt też raczej kiepski, więcej tak nie zrobie :)


Wyszło 11, ale cóż :) Potem była dyszka na Biegu Powstania Warszawskiego – pierwszy start bez muzyki. Można? Pewnie, że można, tylko po co :) A jutro chyba pobiegnie ze mną Mrozu. Jeszcze nie wiem, w której piosence, ale taki optymistyczny jest chłopak, na pewno się sprawdzi :)



poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Wspomnień czar - 9. PZU Półmaraton Warszawski - najfajniejszy bieg w moim życiu


Wiecie jak to jest. Zimno, ciemno, do tego jakieś nagodziny w pracy i kiepskie samopoczucie. Nic tylko zaszyć się pod kołdrą i pić gorącą herbatę. Na treningi nie ma już czasu, chęci tymbardziej.

I tak płynie dzień za dniem, aż tu nagle zbliża się 30 marca – termin półmaratonu, którego start zaplanowało się dobre kilka miesięcy wcześniej. Ale weekend dopiero się zaczyna, start w niedziele. Póki co mamy piątek i bardzo dużą i jeszcze bardziej ważną imprezę do ogarnięcia. Imprezę z gatunku tych, które kończą się w taksówce o 6 rano, tudzież rzuceniem szpilek w kąt zaraz po przekroczeniu progu mieszkania. Czasem po telefonie kolegi, który dzwoni nad ranem pytając czy pan taksówkarz na pewno dostarczył mnie w całości do domu i o której start w niedziele, bo przecież nie po to biegałam całą zimę, żeby teraz odpuścić :) Dzięki Piotruś :)


Jeśli półmaraton jest w niedziele, a Ty w sobote wstajesz w południe z bólem głowy, to nie wróży niczego dobrego. I chyba nikogo nie zaskoczę, jeśli napiszę, że... no właśnie nie wiem co robiłam przez cały dzień :) Wieczorem pojechałam odebrać pakiet startowy i zrobiłam to tylko dlatego, że po pierwsze za niego zapłaciłam, a po drugie była to ostatnia szansa, żeby to zrobić. Cały czas byłam przekonana, że nie pobiegnę, wahać się zaczęłam dopiero, kiedy zadzwonił Krzyś, ściągnął mnie na pasta party, nie przyjął do wiadomości mojej rezygnacji i rozkazał startować. Żeby mnie przekupić kupił mi nawet piwo. :) Potem zadzwonił Michał z Radia Kolor, któremu powiedziałam, że startuje jutro, on powiedział to na antenie, no i w zasadzie zostałam pozbawiona wyboru :)

Niedzielny poranek był prawdziwym koszmarem. Nie dość, że trzeba było wcześnie wstać, to jeszcze przypadała zmiana czasu. Wyszłam z domu w jakimś wampirycznym amoku, obudziłam się dopiero podczas spaceru Alejami Jerozolimskimi, kiedy mijałam jakieś zwłoki w jeszcze imprezowym klimacie. :) Do depozytu trafiłam w ostatnim momencie. Szybko zostawiłam rzeczy i pobiegłam na start. Przynajmniej nie miałam czasu się denerwować :) Poza tym spacer + przebieżka = niezła rozgrzewka – do zapamiętania :-)


Start... potem już poszło. Pamiętam, że podczas pierwszych kilometrów myślałam głównie o tym, żeby nie spalić się na samym początku. Spokojnie, jeszcze będzie czas na szaleństwo – myślałam. Ale atmosfera, trasa, słónce, no i nie ukrywajmy, adrenalina na jakiej z tego przejęcia leciałam, sprawiły, że pierwsze 10 km było najpięknieszymi w moim życiu :) Później, jak to zwykle bywa, zaczęły się problemy. Tradycyjnie - jeden za drugim. Najpierw zawiesiło mi się Endomodno, później zawiesił się sam telefon, pozbawiając mnie tym samym muzyki. No nic, twardym trzeba być, pomyślałam. Leciałam dalej, na 11 kilometrze zwolniłam, żeby uzupełnić płyny. Pech chciał, że w punkcie żywieniowym nie było już kubków z wodą. Wolontariusz podał mi butelkę z izotonikiem, którym oczywiście od razu się oblałam. I chyba nie tylko ja, bo jeszcze przez kilkaset dobrych metrów przeskakiwałam kałuże i walczyłam z butami przyklejającymi się do podłoża. Jak już sytuacja się unormowała, dostałam koloki, choć nigdy wcześniej nie miałam z nią problemów. Jak nie urok, to... no :-)

Normalnie w tej sytuacji pewnie złapałabym niezłego nerwa, ale co mnie samą zdziwiło, tym razem zawalczyłam głową. Najpierw zwolniłam, po chwili przeszłam do marszu. Tylko spokojnie – powtarzałam sobie – tylko spokój cię uratuje. Skoro już szłam, to postanowiłam wciągnąć żel. Przynajmniej nie bedzie to zmarnowany czas – myślałam. I rzeczywiście, nie wiem czy to żel, czy przebiagający koło mnie chłopak z magnetofonem, a może kibice krzyczący dajesz Magdalena, sprawili, że znowu przyśpieszyłam. 


Nie miałam co prawda już takiego powera jak na początku, ale cały czas biegłam przede wszystkim głową. - Dobrze, to jeszcze ze trzy kilometry, na kolejnym punkcie żywieniowym znowu zwolnie, odpocznę – powtarzałam sobie w kółko. Aż do Łazienek. To był chyba najpiękniejszy fragment trasy, więc tam niczego nie musiałam sobie wmawiać :). Nie dość, że już byłam pod wrażeniem tego ile przebiegłam, to jeszcze klimat parku przy pierwszych promieniach wiosennego słońca sprawił, że w ogóle nie myślałam o tym, co tak właściwie mnie już boli. A myśliwi grający na rogach totalnie mnie rozczulili. :)

Plac Trzech Krzyży to był kolejny etap, w którym miałam ochotę spasować. Ale nie, pomyślałam, zaraz kolejny punkt żywieniowy, tam znowu się zatrzymam na chwilę. W między czasie zaczęłam sobie wyobrażać, jak się poczuję jak przekroczę linie mety, chociaż nadal wydwało mi się to bardzo abstrakcyjne. :)


No a potem zobaczyłam Narodowy – już tak mało zostało – dajesz, dajesz, myślałam. Jakże to złudne było :) Bo jak na złość, przed samą metą trasa liczyła kilka serpentyn – całe szczęście bez podbiegów, co nie zmienia faktu, że za każdym zakrętem pojawiał się kolejny, kolejny i kolejny... Prawdziwa lekcja cierpliwości :)

Aż nagle, pojawiły się oznaczenia, jeszcze 700 metrów, 600, 500... Jakieś 100 metrów przed metą zaczeły sie łzy. Nie, nie bólu. Na prawdę poczułam się wzruszona. Ja, lwica kanapowa, niemalże zawodowa imprezowiczka, przebiegłam ponad 20 kilometrów!

Odebrałam medal, porozciągałam się i tak nie do końca zdając sobie sprawę z tego co się dzieje, udałam się na zasłużone piwo. I to nie byle jak! Byłam w takiej eufori, że nawet nie zaprotestowałam jak Krzysztof wypożyczył mi Viturilo, bo komunikacja jeszcze nie jeździła :)

Ależ byłam z siebie dumna! Mimo, że w jednostkach trenigowych przed samym półmaratonem nie wypadłam za dobrze, wykorzystałam to, że organizam był wypoczęty. Do tego skupiłam się na głowie, no i posłuchałam moich motywatorów. Wyszło pięknie! Oczywiście nie można pominąć tu zasług organizatorów. Zadbali nie tylko o sprawny przebieg imprezy, ale o doping, atmosferę, trasę. Najfajniejsze były kapele przygrywające podczas biegu :) Pogoda też dopisała, jak na zamówienie :)

Nie mówię, żebyście próbowali tego w domu, ale to był zdecydowanie najfajniejszy bieg w moim życiu :) Powtórka w marcu :) 




wtorek, 19 sierpnia 2014

Absoltny must have - stanik biegowy Shock Absorber

Podobno, żeby zacząć biegać potrzebujesz tylko dobrych chęci i odpowiednich butów. 
W sumie racja, o ile jesteś facetem. Zatem Panowie wszystko już wiecie, dlatego wyjątkowo możecie ominąć ten tekst. O pozostanie na stronie uprasza się natomiast wszystkie Panie. Lejdis, dziś porozmawiamy sobie o cyckach! 




foto: www.shockabsorber.co.uk


Ta kuriozalna prezentacja chyba dosyć wymownie pokazuje, od czego powinnaś zacząć swoją przygodę ze sportem. Jak Ci już opadną cycki, będzie za późno. Buty kup w drugiej kolejności
 
Nadal tu jesteś Mężczyzno?

Kupno stanika to nigdy nie jest prosta sprawa, ale wybranie tego sportowego w moim przypadku przypominało drogę przez mękę. Przymierzyłam chyba z milion sportowych topów i chyba Was nie zaskoczę jak powiem, że nic z tego nie wyszło. W końcu wyciągnęłam węża z kieszeni i postanowiłam zainwestować w swój biust (tudzież w markę Shock Absorber, jak wolicie). Piszę zainwestować, aczkolwiek każdy kto usiłował kupić dobry stanik wie, że to nie są tanie rzeczy. Tak niestety jest też w przypadku staników sportowych. Ich ceny zaczynają się od 200 zł i idą sobie w górę. Zupełnie jak cycki w czasie biegania

Active Multi Sports SupportActive D+ Flexi WireActive Shaped Support
foto: www.shockabsorber.co.uk

No, a teraz zostały nam do omówienia same miłe sprawy Ja wybrałam S5044 Ultimate Run Bra - model typowo biegowy, ale są również takie dedykowane na fitness i tak dalej. Ja jednak wychodzę
z założenia, że to co do biegania, na pewno nada się też na siłownie, na odwrót niekoniecznie. Wybór jest zatem quite easy. 

Dobranie samego rozmiaru zostawiłam brafiterce, miałam więc gwarancję, że z moim stanikiem wszystko będzie w  porządku, ale pewności nabrałam dopiero podczas pierwszego testu. Kochaniutkie, niebo, a ziemia! Nic nie uwiera, nic nie lata, w zasadzie tak jakby nie było cycków! Naprawdę nie wiem, jak mogłam biegać bez niego ;-) 


Active Zipped PlungeActive Flexi WireUltimate Gym Bra 
foto: www.shockabsorber.co.uk

Wszystkie modele biustonoszy ShockAbsorber wyglądają całkiem sympatycznie – w większości mają klasyczny wygląd, ale często są przełamane jakimś wyróżniającym się elementem. A to kolorowa wstaweczka, a to kontrastowa podszeweczka… Dla każdego coś miłego. O tym, że są wykonane ze specjalnego, oddychającego, szybkoschnącego materiału, pisać chyba nie muszę, ale dodam jeszcze jeden istotny fakt. Dobrze dobrany Shock Absorber, uwydatnia biust, także spokojnie możecie pożegnać się ze spłaszczonymi bułami, które formują Wam zwykłe biustonosze aspirujące do bycia tymi lepszymi, sportowymi.

Biustonosze Shock Absorber możecie kupić w wielu sklepach. Widziałam je zarówno w sieciówkach sportowych oraz w typowych sklepach z bielizną. Możecie też poszukać tego szczęścia w Internecie. Na stronie producenta, oprócz symulatora wstrząsów, znajdziecie też aplikację, która ułatwi Wam dobranie odpowiedniego modelu oraz rozmiaru (bounce-o-meter - serio tak się nazywa :D). Ja jednak polecam spotkanie z panią brafiterką. 



Cykliczne spotkania z ekspertami Shock Absorber odbywają się w wielu miejscach, w zasadzie wszędzie tam, gdzie można spotkać sportowców. Ja uczestniczyłam w takowym w sklepie Fast Foot przy ul. Żelaznej. Takie spotkania odbywają się tam dosyć często, zatem polecam śledzenie fb, tym bardziej, że przy okazji spotkań eksperckich chłopaki dorzucają kilka procent rabatu. W ogóle właściciele to bardzo mili ludzie, w dodatku częstują szarlotką, także wpadajcie tam w ogóle ;-)

Jeśli jeszcze nie jesteście przekonane, że warto mieć takie cacuszko, za rekomendację niech Wam posłuży informacja, że nabyłam właśnie drugi egzemplarz ;-)


wtorek, 12 sierpnia 2014

Bez ograniczeń. Historia najtwardszej kobiety na świecie.



Lubię czytać książki. Niestety chyba mam ich na konice zbyt dużo, bo coraz rzadziej trafiam w nich na historie, które powodują podwyższenie ciśnienia, przyśpieszenie oddechu, ewentualnie zarwanie nocy. Książki o bieganiu nie przemawiają do mnie tymbardziej.



Zaczęłam od Murakamiego. Miła lektura, ale nie znalazłam w niej niczego odkrywczego (chłopie sama to przeżywałam!). Kupiłam Półmaraton Gallowaya, ale przejrzałam i odstawiłam na półkę. Wszystko co w nim jest już dawno czytałam w necie. Mam jednak typową kobiecą skłonność do włażenia z butami w cudze życie, więc chętnie sięgnęłam po biografię Chrissie Wellington – najtwardszej kobiety na świecie (jak ja!).





No więc Chrissie to brzydkie, zakompleksione dziecko. Jest kapitanem szkolenj drużyny pływackiej, kujonem, ma problemy z żywieniem. Chciałoby się powiedzieć – banał. Ale to już pewnie wiecie z innych blogów, więc nie będę się rozwodzić. Uprzedzę tylko, że te historie ciągną się przez pół książki. Mimo tego, warto przez nie przebrnąć, bo w końcu dochodzimy do momentu w którym Chrissie odkrywa alkohol. To właśnie tu powinna zaczynać się ta książka :)



Rozczaruje Was, nie bedzie tu opisów dzikich libacji. Chrissie, jak na babę przystało, szybko się nudzi i zmienia swój tryb życia o 180 stopni. Najpierw chce przebiec maraton (znowu jak ja!), później dochodzi rower, wracają treningi pływackie. W wieku trzydziestu lat postanawia zostać zawodową triatlonistką (mam jeszcze szansę!). I tu zaczyna się jazda. Prawdziwa, bez trzymanki, czy jak tam chcecie ;-)



Bardzo fajnie, bez niepotrzebnego patosu opisuje codzienne życie sportowca – żywienie, treningi, kontakty międzyludzkie (oł je!). Ale to co w tej książce najfajniejsze, to relacje z jej kolejnych startów. Są bardzo realne i pełne emocji. Mimo, że ciężko mnie ruszyć/wzruszyć (w końcu twarda jestem), w paru momentach wydawało mi się, że biegnę razem z nią (nie, nie brałam żadnych używek podczas czytania). Bez bicia przyznam się też, że zdarzyło mi się zacisnąć kciuki - bosz, żeby jej się udało! A jeśli komuś udaje się coś za każdym razem, to po pewnym czasie powinno wydawać się to oczywiste, prawda? Zapewniam Was, w przypadku tej książki wcale takie nie jest ;-)



Także jeśli chcecie się dowiedzieć jak to jest startować na Hawajach, pływać, jeździć, biegać z kontuzjami, przerywać start w mistrzostwach na wizytę w toalecie i nie wierzę, że to piszę, ale z kaczątka stać się łabędziem, z czystym sumieniem – polecam :) . 


sobota, 1 marca 2014

Tropem Wilczym


No dobra, musze bo się uduszę. Miałam pominąć temat dzisiejszego biegu, ale w sumie nie mam nic do stracenia. 


Foto: FB Tropem Wilczym
  
Nie ukrywam, długo wahałam się czy zapisać się na ten event. Tłumaczyłam sobie, że chodzi o bieganie, a nie o ideę, ale gdy odebrałam pakiet startowy byłam już niemal pewna, że nie wezmę w tym przedsięwzięciu udziału. Atmosfera wokół Narodowego Dnia Pamięci Żołnierzy Wykętych po prostu mnie przeraża.

A jednak. W dniu biegu trochę mi się zaspało, przez co tak bardzo się śpieszyłam, że nie miałam czasu koncentrować się na dylematach moralnych . I bardzo dobrze. Dylematy są do kitu. Bieg był za to całkiem fajny :) 




Przyznaje ze wstydem, po raz pierwszy byłam w Parku Skaryszewskim. Trasa całkiem przyjemna, myślę, że niedługo postaram się ją przebiec bez spinki związanej z biegami zorganizowanymi. Wtedy na pewno docenie jej urok w pełni ;) 

Wielkie brawa dla organizatorów. Zarówno odbiór pakietów jak i wszystko to, co działo się w dniu biegu działało znakomicie. Nigdzie nie było kolejek, za to na każdym kroku spotykało się pomocnych wolontariuszy, a kluczowe punkty – scena, depozyty, szatnia, punkty żywieniowe były zlokalizowane tak, że nie sposób było ich nie zauważyć. A różnie z tym bywa – czasem trudno znaleźć nawet miejsce startu :) Jedyne co mnie nieco zirytowało, to fakt, że mój dowód osobisty został bardzo skrupulatnie sprawdzony, ale nikt nawet nie próbował zweryfikować czy rzeczywiście jestem człowiekiem honoru.

Przyznam, że bardzo doceniłam urok biegów kameralnych. Dotychczas brałam udział jedynie w tych kilku i kilkunasto tysięcznych. Miło było choć raz samemu wbiec na metę, nie toczyć kolejnej walki w tłumie biegaczy o medal i bez problemów otrzymać napój i posiłek. 




Wyniki:

Endomondo: dystans: 10.17 km czas: 1.03.33
Garmin: dystans: 9.94 km czas: 1.01.28
Datasport: dystans: 10.00 km czas 1.00.38

Ok. Miałam napisać wybierzcie sobie, ale chyba powiem Wam wprost, że dziś na biegu zadebiutował mój nowy Garminek. Fajny jest, mówie Wam :)

A tak na serio. Oczywiście najważniejszy jest pomiar oficjalny, czyli zarejestrowany przez organizatora. 1.00.38. Fakt, trochę mam focha na siebie, bo paradoksalnie, gdyby bieg odbył się miesiąc wcześniej pewnie miałabym lepszy czas-byłam wtedy w niezłej formie. Moje treningi w lutym, hmm, lutego nie było. Wypalona wczoraj wieczorem paczka L&Mów lightów zapewne też  przyczyniła się do tego wyniku. 




Uprzedzając pytania. Nie bardzo wiem dlaczego zegarek ściął mi dystans, właczyłam go co prawda na samym starcie, jednak wyłączyłam dopiero przy punkcie z napojami. Powinno być trochę ponad 10 km. Bywa. Czas Endomondo mógłby być w zasadzie moim czasem brutto, bo pani skończyła odliczanie dokładnie w momencie startu, jednak ja wyłączyłam go dopiero w kolejce po grochówkę :)

Całe szczęście niewielu z Was biega, więc nie macie pojęcia, jak słaby jest to wynik. Ale nie narzekam, i tak jest 3 minuty lepszy niż mój oficjalny czas na tym dystansie zarejestrowany podczas Biegu Niepodległości. Małymi, kroczkami, byle do przodu :) 



środa, 26 lutego 2014

Rozciąganie po treningu. 30 days joga challenge.


Mogłabym Wam napisać, że rozciąganie to bardzo ważny element treningu. Pomaga w regeneracji mięśni, rozluźnia, wycisza przed snem. Ale to już pewnie wiecie, a i tak mogę się założyć, że nie ma wśród Was ani jednej osoby, kto wykonuje streching po każdym wysiłku fizycznym. W zasadzie wcale się Wam nie dziwie, mi też się na ogół nie chce, ale grunt to mieć dobrą motywację.


U mnie zaczęło się od zdjęcia niżej. Znalazłam je gdzieś w necie i pomyślałam, że też tak chce. Zaczęłam przegladać youtube w poszukiwaniu jakiś fajnych ćwiczeń rozciągająco-siłowych, ale wiadmo - jak się czegoś szuka, to się tego na pewno nie znajdzie. 




Przypadek chciał, że gdzieś w podpowiedziach pojawił mi się film z asanami. (Czytasz dalej czy nadal przyglądasz się pani ze zdjęcia?) Z jogą jakoś nie było mi do tej pory po drodze. Kiedyś co prawda wylądowałam na jakiś zajęciach, ale pamiętam z nich tylko chrupotanie mojego kręgosłupa. To był mój pierwszy i ostatni raz. Ale trafiłam na zestaw ćwiczeń przygotowany przez ekipę doyoujoga. Czemu nie, pomyślałam.



30 days joga challange to trzydziestodniowy program dla początkujących, którego zadaniem jest zapoznanie i zachęcenie do regularnej aktywności. Prowadząca, Erin Motz jest sympatyczna, przystępnie tłumaczy jak należy prawidłowo wykonywać ćwiczenia i pokazuje je w kilku wersjach - dla bardziej i mniej rozciągniętych ;)


Filmy trwają średnio 15 minut i są podzielone na różne bloki tematyczne. Erin pokazuje asany, które powinny wykonywać osoby pracujące w biurze, biegacze, oraz takie, które należy robić aby się odprężyć, zwalczyć ból kręgosłupa albo dobrze spać. Są też klasyki – ćwiczenia pomocne przy robieniu szpagatu, stania na rękach albo żurawia (na marginesie - Ewa Chodakowska, you are not doing it right!) 

Foto: jogakontancin.pl

Mimo, że z systematycznością nie jest u mnie najlepiej, udało mi się ukończyć cały program. Oczywiście nie dałam rady ćwiczyć codziennie, ale często robiłam po kilka odcinków jednego dnia. Najczęściej oczywiście ćwiczenia dla biegaczy :-)


Chociaż nie udało mi się całkowicie wykonać wszystkich asanów (przeklęty pies!) i nie zauważyłam jakiejś znacznej poprawy elastyczności mojego ciała, zdecydowanie Wam ten program polecam. Dzięki różnorodności ćwiczeń poczułam, które mięśnie pracują podczas których czynności i dziś jest mi łatwiej efektywnie rozciągać się po treningu. A, no i moje spostrzeżenie – joga na sucho jest trudna. Zdecydowanie fajniej się ją ćwiczy po jakiejś innej aktywności, kiedy nasze mięśnie są rozgrzane. 

Foto: bezstresowy.pl

Tak, zdaje sobie sprawę, że joga to cały proces – medytacja, przekazywanie wiedzy z mistrza na ucznia, chyba wegetarianizm i to bardzo nieładnie z mojej strony, że traktuję ją po prostu jako aktywność fizyczną. Tak, jestem hipokrytką, ale za to z całkiem nieźle opanowaną teorią rozciągania. I wiecie co? Joga naprawdę relaksuje :) No i musicie przyznać, joginki są całkiem seksowne :) Więc jeśli tak jak ja macie lenia, powieście sobie taką fotę nad łóżkiem i zacznijcie ćwiczyć. Spodoba się Wam :) Pierwszy odcinek tutaj: 





Uprzedzę pytania; nadal nie robię tak jak pani ze zdjęcia – nie mam odpowiednich szpilek :) .


środa, 19 lutego 2014

Dlaczego robimy głupie rzeczy?


Fejm. Czasem zdarza się coś, co z nie wiadomo jakich przyczyn znajduje się na ustach wszystkich. Czasem są to majtki Dody na okładce tabloidu, czasem kilka słów powiedzianych przez panią wicepremier, innym razem piosenka Pharella Williamsa.


Pamiętam, że kiedyś po sieci krążyło info o jakimś gigantycznym gradzie, który miał mieć miejsce w lipcu. Oczywiście nic takiego się nie wydarzyło, ale nie znam osoby, która nie miałaby informacji o tym zdarzeniu w swojej skrzynce mailowej. Minęło kilka lat, czasy się zmieniły. Dziś fejm roznosi się przez Facebooka. Spoko, gdyby nie on nigdy nie dowiedziałabym się o tym, że można się jarać bieganiem po schodach. A już na pewno nie o fakcie, że jest to dyscyplina sportowa.


 
Tak moi drodzy, dobrze widzicie. Tower Running. Bieganie w klaustrofobicznych klatkach schodowych, często bez okien i klimatyzacji, a co za tym idzie pewnie w oparach potu grupowo wydzielanego przez ludzi, których celem jest sięgnięcie gwiazd. Brzmi nieco idiotycznie, nie?

Najsłynniejszy wyścig, który rozsławił tę dyscyplinę to nowojorski bieg na szczyt Empire StateBuilding. 86 pięter, 1157 stopni. W Polsce po raz pierwszy ścigano się na schodach nieistniejącego już budynku Poltegoru (85 metrów, 460 schodów) we Wrocławiu, a pierwsze krajowe mistrzostwa w tej dyscyplinie odbyły się w Katowicach w hotelu Altus (30 pięter, 460 schodów).

Niby nic takiego, cóż więc się stało, że bieganie po schodach zawładnęło wallami warszawskich biegaczy? Ha! Zapisy dodatkowe na Bieg na Szczyt Rondo 1. No a skoro wszyscy, to co, ja nie? Nic z tego :) Plan był taki, że wystartuje cała drużyna pierścienia, ale moi kompani niestety nie wykazali się refleksem. Tak, będę biec. Sama. Tak, nigdy tego nie robiłam, tak, wyśmiałam tę dyscyplinę, a tak na serio to zorientowałam się w co się wpakowałam, dopiero po otrzymaniu numeru startowego.

 
Bo jakkolwiek groteskowo by to nie brzmiało, bieganie po schodach to bardzo wymagająca dyscyplina. Żeby je uprawiać nie wystarczy na co dzień unikać windy, nawet regularny jogging nie gwarantuje sukcesu. Oprócz żelaznej kondycji przydaje się technika. Serio. Są klatki prawoskrętne i lewoskrętne, do każdej z nich podchodzimy inaczej. To właśnie od tego zależy, którą ręką i w jaki sposób będziemy odbijać się o ściany, tudzież trzymać poręczy. Niezmienne jest to, że zawsze jedną stronę zostawiamy dla tych, którzy się trochę bardziej śpieszą. Ważne jest też, aby stawiać stopę na całej szerokości schodka i żeby pokonywać je pojedynczo. Na radosne podskoki po dwie czy więcej sztuk, mogą sobie pozwolić tylko najsprawniejsi. Zaleca się tylko wbieganie, powrót powinien być spokojny. To trochę jak instrukcja używania schodów ruchomych, co nie? Wiem, złośliwa jestem :-) 




Prawda jest taka, że podczas wyścigów po schodach nasze mięśnie są o wiele bardziej zaangażowane niż podczas standardowego biegu. Poza tym rywalizujemy o czas – podobno podczas tego wysiłku kwas mlekowy aż rozlewa się po naszym organizmie. Chyba coś w tym jest. Nie sprawdzałam tego empirycznie, ale oglądałam galerie z zawodów w necie. Wiecie co po biegu robią uwiecznieni na zdjęciach zawodnicy? Głównie leżą ;-)

Taka sytuacja. Coś mi mówi, że już 15 marca spotka mnie kara za wieczne lenistwo, brak regularnych podbiegów i naigrywanie się z tych zawodów. Pozostaje mieć nadzieję, chociaż uda mi się zdobyć medal :) Będzie wesoło :)

P. S. Przypadkowo znalazłam stronę Towerrunning World Cup. Nie wiem o co chodzi, ale skoro to coś międzynarodowego, to musi być ważne. No, w każdym razie zobaczcie jaka flaga widnieje przy pierwszym miejscu światowej, męskiej klasyfikacji :) Brawo Piotr Łobodziński!




środa, 12 lutego 2014

Najlepsze śniadanie ever



No dobrze, muszę Wam to napisać, bo jak widzę, jak rano wciągacie jogurty light, kanapki z bekonem albo w ogóle olewacie jedzenie, to ręce mi opadają. Moi drodzy, to zostało powiedziane i napisane już chyba wszędzie. Śniadanie to najważniejszy posiłek dnia. Dlaczego jeszcze o tym nie wiecie?


Owsianka. Tak, wiem, kojarzy Wam się z bezsmakową breją, zazwyczaj lekko przesoloną. Bo tak wygląda ta potrawa w tradycyjnej, polskiej wersji. Całe szczęście od Waszego dzieciństwa wiele na świecie się zminiło, m. in. otworzyło się pare granic, piłkarze nie zdobyli mistrzostwa... no w każdym razie mamy fajne produkty, którymi możemy sobie ten posiłek urozmaicić. Dziś przedstawię Wam moją wersję owianki, której przygotowanie jest banalnie proste – w sam raz na poranny stan półprzytomności. 






Ale od początku. Dlaczego warto jeść owsiankę? Bo jest zdrowa. Całkiem logiczne prawda? A tak na serio, jest bogata w węglowodany złożone. Tak, wiem, słyszycie węglowodany, myślicie nic z tego – jestem na diecie. A ja przecież napisałam – złożone – czyli takie, które uwalniają się powoli, dzięki czemu dostarczają naszemu organizmowi energii. Czytajcie uważnie! (A Wy nadal myślicie o diecie? To powiem prościej – jak chcie ćwiczyć na siłowni nie mając na to siły? Dzięki węglowodanom złożonym organizm będzie produktywniej pracował podczas treningu, a przecież o to chodzi, prawda?). Poza tym w owsiance jest dużo białka, które pomoże zbudować mięśnie oraz błonnika, który bardzo korzystnie wpływa na pracę układu pokarmowego. Oprócz tego płatki owsiane są bogate we wszelkiego rodzaju witmainy i minerały. Podobno działają też antydepresyjnie, ale to już osceńcie sami. Co poza tym? Zależy co do nich dodacie. Ja do trzech łyżek płatków dorzucam zazwyczaj: 


kilka śliwek suszonych – są smaczne, sycące i dobrze wpływają na trawienie,
łyżkę siemienia lnianego – w zasadzie nie ma smaku, a reszta, patrz wyżej,
żurawina (na oko) – dobrze wpływa na układ moczowy i ma fajny, słodkawy smak,
słonecznik (też na oko) – źródło zdrowych tłuszczy,
pestki dyni – mniej więcej jak wyżej,
otręby – takie przyzwyczajenie z szalonych czasów diety Dukana.


Fajnie sprawdzają się też wszelkiego rodzaju orzechy czy czekolada, ale ja w obawie przed euforycznymi napadami łakomstwa raczej nie trzymam ich w domu, za to często dorzucam banana. Taka moja prywatna wersja de lux. Powstały miks zalewam wrzątkiem, tak aby woda przykryła wszystkie składniki, mieszam, potem robię kawę. Śniadanie gotowe. Jedyne czego odradzam, to spożywania płatków owsianych na zimno. Niestety mają tendencję do pęcznienia i zapewniam Was, nie chcecie, żeby stało się to w Waszych żołądkach ;-) 









W sekrecie wyznam Wam, że tak lubię płatki owsiane w takiej konfiguracji, że często wstaję tylko po to, aby je skonsumować. A najchętniej pochłaniałabym je także na obiad i kolację, a także każdy inny posiłek ;-) Jeśli nie jesteście przekonani, spróbujcie chociażby ze względu na mnie. Gwarantuję, jeszcze mi podziękujecie.

Smacznego :) 


poniedziałek, 10 lutego 2014

Podsumowanie - styczeń 2014


To musiało się tak skończyć. Imprezowanie z przeziębieniem, testowanie butów w topiącym się śniegu i notoryczne niedospanie w końcu mnie rozłożyły. Niby jeszcze nie umieram, ale dziś zamiast biegania z Night Runners siedzę pod kołdrą i piszę dla Was post. W sumie to chyba nie ma tego złego, co sądzicie?


Zacznę od tego, że w końcu nawiązałam łączność z kimś, kto otwartym tekstem mówi; biegasz za wolno, za rzadko, po prostu you're doing it wrong. I wiecie co? Ma rację. Dzięki Łukasz ;) 





Planuje poprawę sytuacji. Plan naprawczy rozpoczynam od przeglądania statystyk na Endomondo. Na pierwszy ogień – styczeń. Oto czym zajmowałam się w pierwszym miesiącu tego roku:


bieganie – 7 godzin, 26 minut i 5 sekund, przebiegnięte 67.08 kilometrów, spalone 4779 kalorie,
aerobik – równe 9 godzin i 4587 spalonych kalorii,
gimnastyka – 40 minut – 177 kalorii na minusie,
joga – 2 godziny, 50 minut – 653 kalorie mniej,
pilates 15 minut, ubyło 52 kalorie.


Wychodzi, że w styczniu ćwiczyłam 19 godzin, 31 minut i 5 sekund spalając przy tym 10 247 kalorii. 21 dni treningowych. Czy to dobrze? Rok temu powiedziałabym, że świetnie, ale biorąc pod uwagę moją aktualną kondycję oraz ambitne plany wynik jest dość słaby. Mimo tego, daje sobie plusa za regularność. Luty trwa dopiero 10 dni, a już widzę, że będzie ciężko utrzymać ten poziom. Idelanie byłoby trenować przynajmniej sześć razy w tygodniu, ale kto ma na to czas. Z drugiej strony, trening to nie obowiązek, a luksus, więc trzeba go regularnie kosztować :-) 




W styczniu biegałam głównie wieczorami w mrozie i śniegu, więc starałam się nie spinać, żeby się nie zniechęcić. Podczas aerobiku towarzyszyła mi najcześciej Mel B., a pod koniec miesiąca jej miejsce zajął Shoun T i jego T25. Jednak, z uwagi na wrześniowy maraton, muszę się skoncentrować głównie na bieganiu, a trening siłowy potraktować jako jego uzupełnienie. Muszę też wrócić na basen – nie wiem dlaczego tak dawno tam nie byłam.

To tyle z moich dzisiejszych refleksji. Korzystając jednak z okazji, że nawiazuje z Wami łączność przyznam się, że już zdążyłam odpuścić jeden z planów na ten miesiąc – nie wystartowałam w Grand Prix Warszawy. Trochę z winy mojej, trochę z niemojej, w każdym razie rozpaczliwie poszukuję osoby, która pomoże mi zorganizować pakiet na Bieg Wedla. Przecież Wam też zmieniają się plany, nie? W ramach usprawiedliwienia, do planów marcowych dołączam bieg Tropem Wilczym.

Za miesiąc kolejne podsumowanie. Będzie albo świętowanie, albo linczowanie. Zostańcie, warto :) 




środa, 5 lutego 2014

Dobry plan to podstawa


Przyznaję, nie ruszam się ostatno tyle, ile bym chciała. Gryzą mnie z tego powodu wyrzuty sumienia, chociaż nie wynika to z mojego lenistwa, tylko z faktu, że ciągle coś się dzieje. Czasem trzeba zostać dłużej w pracy, czasem odgruzować mieszkanie, a czasem po prostu iść na imprezę. A wiadomo, po tańcach, hulankach, swawolach dwa dni ćwiczeniowo-biegowe wyjmujemy z planu treningowego. Żeby nie było – pamiętam o moich noworocznych postanowieniach i zamierzam konsekwentnie je realizować. W zasadzie dążyć do jednego, reszta zrealizuje się sama. Przy okazji.


Tak Kochani, maraton. Powoli przestaje to brzmieć abstrakcyjnie, a zaczyna budzić grozę
 i przerażenie. W końcu już Was o tym starcie poinformowałam, także wycofać się nie wypada. Szkoda tylko, że zakup pakietu startowego nie wiąże się ze zdobyciem królewskiego dystansu ;-) 


foto: www.run-log.com


Żeby nie dać się tak o, tylko cały czas biegać postanowiłam przyjąć zasadę bardziej doświadczonego biegowo KMS. Co prawda jemu już zdażyło się ukończyć maraton, ale jak mówi, biega bo jak tylko odpuszcza to tyje. Każda motywacja, jest dobra, nie? W każdym razie KMS postanowił przynajmniej raz w miesiącu brać udział w jakimś biegu zorganizwanym. Wiadomo, czasy są często oficjalne, wujek google w dwie sekundy je odgrzebuje, głupio więc wypaść w nich słabo, nie? :) Postanowiłam też startować w takich eventach. Będzie motywacja do treningu i kilka medali do kolekcji (lubię medale), no i może przy okazji nie przytyję :) Plan gotowy, zatem do dzieła:


Styczeń – tak, wiem, to już było. Niemniej dla zachowania przejrzystości w rachunkach przypomnę, że brałam udział w 8. biegu Policz się z cukrzycą organizowanym w ramach 22 Finału Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy.

Luty – tu sprawa jest trochę skomplikowana. Przegapiłam zapisy dodatkowe na Bieg Wedla i nie bardzo mogłam znaleźć coś, co byłoby dla niego alternatywą. Całe szczęście to właśnie w lutym rozpoczyna się kolejna edycja Grand Prix Warszawy. I to w dodatku niedaleko mojego domu, także nie wypadałoby nie skorzystać. Co prawda medal jest jeden za cały sezon i trzeba wziąźć udział w przedsięwzięciu siedem razy, ale chyba dam radę :) W każdym razie statruje 8 lutego o godzinie 11.00. Trzymajcie kciuki :) 


foto: FB Fundacja Maraton Warszawski


Marzec9 Połmaraton Warszawski. To miał być bieg, po którym podejmę decyzję o tym czy próbować sił w maratonie, jednak zmieniłam zdanie – to będzie bieg, dzięki któremu dowiem się jak wiele potu jeszcze mi do tego maratonu brakuje. Żeby nie było, że ściemniam - mam już numer startowy - 7168 :)

Kwiecień – szał Warsaw Orlen Maratonu już się zaczął. Na FB latają tylko posty i komcie z informacjami kto już jest na liście startowej, a kto jeszcze nie zrobił przelewu. No cóż. Żuczki takie jak ja zapisują się na bieg towarzyszący, czyli 10 km. Szału nie ma, ale cykl miesięczny będzie zachowany. Pokibicuje też KMS i jak sie okazuje, Łukaszowi - pierwszej miłości jeszcze z czasów przedszkola :) 


foto: http://www.biegmontecassino.pl/


MajBieg na Monte Cassino. Jeszcze pewnie nie wiecie, ale wojsko i historia odgrywają w moim życiu dosyć istotną rolę, także nie wyobrażam sobie, żeby mogło mnie zabraknąć podczas tego startu, w końcu to siedemdziesiąta rocznica zdobycia klasztoru przez 2. Korpus Polski. Jak komuś wspomnę, że wybieram sie na ten bieg, wzbudzam nielada zainteresowanie. Serio? A wiesz, że tam samochody ledwo podjeżdżają? Nie, nie wiem, nigdy nie byłam.

Czerwiec – hmm, może będzie kolejna edycja She runs the night? :) 

Lipiec – no sama nie wiem. Może znajdę coś w Hiszpanii?

SierpieńPółmaraton BMW. To miał być mój debiut na tym dystansie. Ale jak otrzymałam propozycję startu od towarzyszki vel Marcysi, jeszcze nie wiedziałam, że wpadnę w szał noworocznych postanowień. Sorry Marcyś, ale nie mogę tak długo czekać. Maraton sam się nie przebiegnie, ale chętnie Ci potowarzyszę :)


foto: www.polskiemaratony.pl


Wrzesień Wrocław Maraton...


Trzymajcie kciukaski. Co będzie dalej? Zobaczymy. Podobno we wrześniu mam poznać swojego męża, tak przynajmniej twierdzi wróżka, także tego, może być różnie. Jeśli jednak to pomyłka, pewnie będę biegać dalej. Podobno w grudniu jest gdzieś organizowany nocny półmaraton. Nie wiem dokładnie gdzie, ale odbywa się w czasie zorzy polarnej :) Spróbuję, ale jeśli nie da rady będę celować w Półmaraton Świętych Mikołajów w Toruniu. Liczę też na triadę biegową i Biegnij Warszawo. Fajne koszulki mają w pakietach startowych :)

No i pewnie jeszcze jakieś biegi się narodzą. Stay tooned:) 



poniedziałek, 3 lutego 2014

Projekt - maraton

                                                                                                           


Cześć, jestem Magda. Od pewnego czasu trochę biegam. To w zasadzie za duże słowo, bo raczej nocą truchtam po osiedlowych uliczkach. Kilka miesięcy temu zdałam sobie sprawę, że koncentruje się na sprawach nieistotnych, które pochłaniają masę energii, odbierają pozytywny nastrój i zniechęcają do robienia czegokolwiek. Pewnego dnia, gdy poziom agresji w moim organiźmie osiągnął apogeum powiedziałam dość, a pomyślałam, przebiegnę maraton.


Jak pomyślałam, tak zrobiłam. Znaczy zamierzam. Po raz pierwszy w życiu zrobić coś od początku do końca. Na swój debiut na królewskim dystansie wybrałam maraton we Wrocławiu, bo odbywa się dzień przed moimi urodzinami. Trzydziestymi. Pokonanietakiej trasy będzie najlepszym prezentem ever :)










środa, 22 stycznia 2014

Szpilki i zielona spódnica. Help!


Moja szafa jest nudna. Nie ma w niej kreacji od znanych projektantów, chociaż wiem, że zakupy u tych młodych są teraz na topie. Wspominałam już, że mam starczą duszę więc wybierając ciuchy stawiam zawsze na wygodę i klasykę. Lubię jak mi wszystko do wszystkiego pasuje i rano nie wywalam zawartości szafy na podłogę, w popłochu poszukując czegoś, w czym mogłabym iść do pracy. Kolorystyka – aktualnie dominuje czerń, biel, szarość i trochę  kobaltu. Podobno wyjątkowo dobrze mi w tym kolorze ;-)


Taki właśnie kolor ma spódnica z nowej kolekcji Orseya. Zauważyłam ją przed świętami szukając kurtki zimowej i od tego czasu cały czas o niej myślałam. Zaraz po przerwie światecznej poszłam ją przymieżyć. Uwaga, uwaga, rozmiar 38 był na mnie za duży! Niewiele myśląc wyszłam ze sklepu i przez kolejny tydzień zadręczałam się czy rozmiar 36 będzie na mnie pasował. I wiecie co? Po kolejnej przymiarce, miałam zabrać moje trofeum do kasy, kiedy ogarnęło mnie otrzeźwienie.
Materiał był kiepskiej jakości – widać, że w czasie noszenia by się rozciągał, poza tym wyjątkowo się gniutł. To zdecydowanie sprzeczne z moimi zasadami o wygodzie i prostocie w szafie.



Oczywiście zaraz po wyjściu ze sklepu złapałam doła. Buszując dalej po wyprzedażach trafiłam do New Yorkera. Chodzę, chodzę, aż tu nagle! Kobaltowa spódnica! W przymierzalni okazało się, że jesteśmy dla siebie stworzone. Poczułam, że tak bardzo pragnęłam kobaltowej szmatki i ta spódnica postanowiła się nade mną zlitować - po prostu mnie do siebie zawołała. Przy okazji przemówiła do mnie czarna bluzka i tak udało mi się skomponować całkiem fajną stylizację za 50 zeta. 

Podobnie miałam z butami. Kilka tygodni temu niespodziewanie zostałam zaproszona do filharmonii. Sukienka jest, torebka jest, buty... Ostatnie szpilki wyrzuciłam pare miesięcy wcześniej, bo były już strasznie zjechane, poza tym, chciałam uniknąć sytuacji, wymagającej ich założenia. No ale stało się. Na codzień raczej preferuje płaskie obuwie (biegam co rano do tramwaju) udałam się więc po zakupy. Było to akurat przed wypłatą, więc za punkty docelowe obrałam wszelkiego rodzaju sieciówki CCC, Ambry, Deichmany. Kryteria? Obcas, czerń, najlepiej zamsz. Zależało mi w grunicie rzeczy na tym, żeby wyglądać na evencie jak kobieta i nie zrobić sobie krzywdy podczas dojazdu. No I co? No I kicha! Wszędzie plastikowe koszmarki na niebotycznych obcasach albo na  niezginającej się platformie. W zasadzie upatrzyłam sobie jeden model, ale w żadnym sklepie nie było mojego rozmiaru. Po zjeżdżeniu pięciu (5!) centrów handlowych miałam już założyć baletki (tak, do wieczorowej sukienki, haha), ale całkiem przypadkiem trafiłam do galerii handlowej, w której nigdy nie bywam. Oczywiście rzuciłam się na poszukiwanie wybranego przeze mnie obuwia w stosownym rozmiarze. Wiecie co, były! A obok nich, stały piękne pantofelki z zamszu, na niewielkim obcasie. Jedna sztuka. W moim rozmiarze. Teraz wiem, że nie mogłam znaleźć butów wcześniej, bo właśnie w tym miejscu czekała na mnie ta jedna, idealna para. Nie muszę dodawać, że idealnie pasuje do stylizacji opisanej wcześniej ;-)

Do czego zmierzam. Po co sezonowym wywalaniu z mojej szafy ciuchów, które kupiłam, ale nigdy nie założyłam, zdecydowałam robić zakupy tylko wtedy, kiedy dane ubranie do mnie przemówi. Kiedy nie będę miała wątpliwości, czy to oby na pewno dobrze leży, czy będę w tym chodzić. Jeśli zakładam coś I myślę ok, biorę, Jeśli mam wątpliwości, tzw. może być, odkładam. W kolejnym sklepie czeka na mnie na pewno coś fajniejszego ;-)

Ostatnio fajnym okazało się to: 



Ani to mój kolor, ani fason, ale mimo wszystko do mnie przemówiło. Problem w tym, że ostatni raz z beżo-brązo-zieleniami miałam doczynienia w czasie licealnego buntu (no co, te kolory pasowały do glanów) i nie bardzo wiem jak to ugryźć. Wydaje mi się, że należy to nosić do czarnych rajstop i czarnych butów. Problem w tym, że wtedy na góre nie można już założyć nic w tym kolorze. Próbowałam bieli, ale mam wrażenie, że wyglądam wtedy jak oldskulowa pensjonarka, tudzież Ania z Zielonego Wzgórza, chociaż wcale nie jestem ruda. A przecież ta spódnica mnie zawołała, musi być więc dla mnie. A może podszyła się za nią wyprzedaż? Już sama nie wiem, przecież taka ładna jest. Pomożecie?

sobota, 18 stycznia 2014

Follow me - rzecze rok 2014, czyli plany, postanowienia i wyzwania na ten rok.


Nowy Rok zaczałą się bardzo leniwie. Nie chciało mi się ćwiczyć ani zdrowo odżywiać. Jak to mówią jaki Nowy Rok, taki cały rok, istniało więc niebezpieczeństwo, że kolejnych 12 miesięcy spędzę na kanapie z pilotem (ewentualnie z browarem) w ręku, a mój tyłek wróci do swoich kolosalnych rozmiarów. 

Kilka dni temu, kiedy biegałam w stanie niezłego podminowania, pomyślałam, że jednak się nie dam. Spiszę sobie swoje postanowienia, ogłoszę je światu i będę konsekwentnie realizować.



Zatem, póki się rozmyślę, moje cele na 2014 rok:

  1. Wystartować w Półmaratonie Warszawskim – wierzę, że dam radę go przebiec, tylko jak to do cholery zrobić w 2 godziny?
  2. Przebiec Maraton Wrocławski – Jeszcze nie wiem jak to zrobię, ale to będzie najlepszy prezent na urodziny ever :)
  3. Skończyć studia – nie pytajcie. Just do it!
  4. Remont mieszkania – robie go od zawsze, w tym roku skończę.Promise!
  5. Przepłynąć pod archem w Blue Hole – to może być trochę trudne, bo mam uprawnienia tylko na powietrze. No i na Nitrox, ale nie taki jak trzeba. No cóż, się pomyśli.

Nie tak wiele i nie tak strasznie, prawda? Musi się udać! Nie wiem tylko skąd wezmę na to wszystko czas, w każdym razie, teraz jak już wiecie będzie mi głupio sie wycofać ;) Żeby być do końca szczerą, powiem Wam, że po cichu myślę jeszcze o rzuceniu palenia. Teoretycznie postanowiłam zrobić to w poniedziałek, ale coś czuję, że to się jeszcze zobaczy.

Jeśli podobnie jak ja, macie problemy z konsekwencją, dajcie znać, podeślijcie Wasze postanowienia. Będę monitorować Wasze postępy i trochę Was poopierdalam w słabszych momentach. W tym jestem na prawdę dobra! :) Jeśli nie, to trudno, wystarczy, że będziecie trzymać za mnie kciuki. :)



wtorek, 14 stycznia 2014

Nowa świecka tradycja




Miałam dziś napisać o biegu, który odbył się w ramach 22. Finału WOŚP. Miałam, ale w zasadzie bieg biegiem był tylko z nazwy. Na trasie było wszystko – dzieci w wózach, na hulajnogach, rowerzyści, psy, seniorzy z nordic walking. Aż dziw, że nie zauważyłam rolkarzy :) Dla biegaczy i ich życiówek pozostało niewiele miejsca. W zasadzie bardzo dobrze się złożyło, bo w sobotę wieczorem odbyłam spotkanie towarzyskie i trochę się zasiedziałam. A że i tak nie byłam w formie, z przyjemnością wzięłam udział w tym familijnym evencie, tymbardziej, że po spotkaniu razem z towarzyszką tradycyjnie udałałyśy się na obiad, później... no właśnie.



Ale zacznijmy od początku. W czerwcu odbył się bieg She Runs The Night. Stawiałam wówczas pierwsze kroki biegowe, a impreza była firmowana jako event dla początkujących kobiet. Dystans niewielki, wszystko w fajnej, babskiej oprawie. Postanowiłam spróbować, ale że średni dystnas jaki wówczas pokonywałam to 3,5 km najzwyczajniej w świecie miałam cykora. Żeby się zmobilizować namówiłam do udziału koleżankę. Przygotowanie rozpoczęłyśmy od zakupu butów biegowych, później było truchtanie osiedlowymi uliczkami. W dniu biegu byłyśmy nieźle przerażone, także spotkałyśmy się na mieście nieco wcześniej i dla rozluźnienia poszłyśmy na piwo. Idiotki ;-) Szczęście w nieszczęściu bieg z powodu ulewy został odwołany.



Następne podejście potraktowałyśmy już bardziej serio i udało nam się przebiec całą trasę. W efekcie poczułyśmy się jak prawdziwe biegaczki i to zachęciło nas do zapisywania się na kolejne zorganizowane eventy biegowe. Rajcowały nas fajne koszulki techniczne, które otrzymywałyśmy w pakietach startowych i fajna sportowa atmosfera. Poza tym, każde takie wydarzenia mobizowały nas do regularnych treningów i zdrowego odżywiania na codzień. Przecież nie można się skompromitoać na trasie, nie? Jako że obie byłyśmy początkujące, każdy taki bieg był dla nas wyzwaniem, a dobiegnięcie do mety olbżymim sukcesem. Wiadmo, każdy sukces trzeba uczcić ;-)    I tak narodziła sie nowa świecka tradycja. Po długich, momentami żmudnych przygotowaniach do zdobycia kolejnego medalu, po każdym morderczym evencie, udajemy się na tzw. spacer po mieście. Oczywiście w strojach biegowych, z przypiętymi numerami startowymi, z medalami na szyi. Tak, dla uczczenia naszego małego zwycięstwa (znowu dałyśmy radę!) i pochwalenia się nim całemu światu. Zaczynamy zawsze od jakiegoś fajnego, koniecznego niezdrowego obiadu. A do obiadu zawsze znajdzie się jakieś małe piwko. Czasem duże, czasem pięć ;-) 

Oczywiście wciąganie śmieciowego żarcia i zakrapianie go alkoholem przez osobę promującą zdrowy tryb życia może być uznanie za hipokryzję, jednak zapewniam Was, nie stosuje tego manewru na codzień ;-) I właśnie ten codzienny post powoduje, że raz na jakiś czas pozwolam sobie na taką rozpustę. Poza tym dzięki temu że wiem, że po kolejnym biegu czeka mnie taka nagroda, łatwiej mi odmawiać sobie takich przyjemości na codzień. Zresztą, skoro Endomondo pokazuje utratę powiedzmy 800 kalorii, to trzeba je potem uzupełnić. Czemu nie skorzystać z okazji takiej nadwyżki i nie przyswoić np. hamburgerka? ;-)
 

Poza tym, taka rundka po klubach z kumpelą jest też swietną okazją do rozchodzenia tych przebięgniętych kilometrów, nadrobienia zaległości plotkarskich i podyskutowania o technologii DriFit. Takie małe święto biegowe. (No dobra, pewnie byłoby duże, ale wszystkie biegi odbywają się w niedzielę :) )Więc jeśli dziś w okolicach centrum Warszawy widzieliście dwie wariatki w pomarańczowych koszulkach, wędrujące od knajpy do knajpy, to byłyśmy my. A Wy? Świętowaliście? ;-) 

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...